Po obejrzeniu wersji angielskiej filmu o Dywizjonie 303 („303. Bitwa o Anglię”) obejrzałam wersję polską („Dywizjon 303”. Historia prawdziwa) i jestem rozczarowana. Miałam nadzieję, że będzie ona dużo lepsza od angielskiej. Gdybym nie wiedziała, który z reżyserów, jaki film robił, to po ich obejrzeniu uznałabym, że film „303. Bitwa o Anglię” reżyserował Polak, bowiem udało mu się doskonale oddać nie tylko klimat tamtych dni, ale i nakreślić skrótowo portrety psychologiczne poszczególnych postaci oraz powiązać je z panującą wojną w Polsce i terrorem stosowanym wobec Polaków w okupowanej Polsce.

Film w miarę się spina, co stanowi całość, którą dobrze się ogląda. Uważam, że dobrze wcielili się w swe rolę wszyscy aktorzy, a wyróżniłabym Iwana Rheona grającego Jana Zumbacha i Milo Gibsona w roli Johna Kenta, kanadyjskiego dowódcy Dywizjonu 303, jak i Marcina Dorocińskiego grającego asa myśliwskiego, Witolda Urbanowicza, oraz Stefanie Martini w roli pięknej Angielki, Phyllis Lambert.

Dużo więcej oczekiwałam od polskiej produkcji. Jednak mimo pewnych braków w filmie w polskiej wersji”Dywizjon 303 Historia prawdziwa” oba te filmy wzajemnie się uzupełniają.

Głównym atutem filmu była świetna gra aktorów (Piotr Adamczyk, Maciej Zakościelny, Jan Wieczorkowski, Antoni Królikowski, Marcin Kwaśny, Krzysztof Kwiatkowski, Anna Prus), którzy wcielili się w grane postacie. Doskonale zdawałam sobie sprawę przed premierą, że ze względu na wysokość budżetu, jaki miał reżyser do dyspozycji, nie będzie to film klasy „Szeregowiec Ryan”, „Tora! Tora! Tora!” czy „Pearl Harbor”, ale nie będzie rażąco od nich odstawał. Walki powietrzne przedstawione w polskim filmie nie były może porywające dla mnie, ale mogły być fascynujące dla młodego widza,dla którego bitwa o Anglię to daleka historia i może będzie to zachętą, aby sięgnąć po książkę Arkadego Fiedlera „Dywizjon 303”, którą zachwycało się moje pokolenie.

Ciekawie były też przedstawione w retrospekcji sceny spotkania przed wojną obecnych wrogów Polaka i Niemca, którzy kiedyś rywalizowali ze sobą w mistrzostwach świata w pilotażu.

Miałam nadzieję, że w polskiej wersji pogłębione zostaną sekwencje okrucieństwa Niemców i terror panujący w okupowanej Polsce oraz profil osobowościowy głównych bohaterów. Niestety, tego mi w tym filmie brakowało.

Spodziewałam się, że w polskim filmie zostanie bardziej wyartykułowane to, jak oceniało polskich pilotów angielskie dowództwo lotnicze przed i podczas przeszkalania na angielskie Spitfire, jak po zakończeniu wojny gdy nie zaproszono naszych żołnierzy do defilady zwycięstwa i jak rząd Anglii pomny słów Winstona Churchilla, o polskich lotnikach: „nigdy w historii ludzkich konfliktów tak wielu nie zawdzięczało tak dużo tak nielicznym” w ramach tej wdzięczności za ich walkę i śmierć w obronie ich ojczyzny wystawił nam rachunek, a większość Anglików chciała jak najszybszego opuszczenia wyspy przez Polaków.

Myślałam, że obywatele nie tylko Europy, ale i świata będą mogli to zobaczyć. W wersji angielskiej jest namiastka tych informacji, natomiast w polskiej wersji o tym nie ma ani słowa.

W całym filmie oprócz świetnej gry aktorów podobały mi się jeszcze trzy rzeczy. Dobrze dobrany aktor grający szefa Luftwaffe Hermana Wilhelma Göringa, białe klify Dover podczas zachodu słońca i na koniec zestawienie autentycznych fotografii asów naszego lotnictwa z aktorami ich grającymi.

Uważam, że angielskie spojrzeniem na rolę naszych lotników było szersze od polskiego, a powinno być odwrotnie.

Natomiast mój Mąż się ze mną nie zgadza i uważa, że reżyser się nie popisał i film jest bardzo słaby, gdyż jego fabuła oparta jest głównie na walkach powietrznych i zabawie w kasynie oficerskim. Rażą Go również przerysowane sceny związane z pobożnością pilotów. Powinny być bardziej wyważone jak to miało miejsce w filmie „303. Bitwa o Anglię”

Oto dwa spojrzenia na ten sam film.

Foto : plakat filmu