Prapremiera koncertu Tomasza Trzcińskiego „Co mu w Duszy Grało” odbędzie się w Archidiecezji Krakowskiej w sobotę, 8 lipca 2017 roku w Wadowicach – mieście rodzinnym Papieża-Polaka, we wspaniałym kościele Św. Piotra Apostoła o godz. 19.00. –  Fortepian to także harfa, najstarszy dźwięk oceanu, wiatru, mitu, biblijnego powiewu ducha, wody… zaklęcia przestrzeni – dla portalu Pressmania.pl mówi Tomasz Trzciński, światowej sławy pianista, dyrygent i kompozytor. – Od fortepianu orkiestra zawsze bierze dźwięk w czasie strojenia przed koncertem – wyjaśnia Małgorzacie Kupiszewskiej.

Maestro, zawołał Pan: „Przyjdź Duchu Święty” – i Pocieszyciel przyszedł na Pana zawołanie?

– Duch Święty działa, jeśli jest do tego gotowość i pełne oddanie, ja tego wówczas w katedrze doświadczyłem. Myślałem wiele o Janie Pawle II, jego drodze i poświęceniu, oddaniu misji, wierze w człowieka i piękno. To się udzieliło w muzyce. Koncert „Co mu w Duszy Grało“ z okazji Kanonizacji Jana Pawła II w Bazylice Archikatedralnej w Szczecinie 27 kwietnia 2014 uważam za najważniejsze wydarzenie artystyczne w moim życiu.

Dotykając „miotełkami” strun fortepianu, wprowadził Pan wiatr…

– Ha! No właśnie, o tym, jaki tekst będę ilustrował wiedziałem wcześniej, ale zastanawiałem się jak to najlepiej wyrazić, jak dosłownie oddać wymiar tych słów dźwiękiem, a fortepian to także harfa, najstarszy dźwięk oceanu, wiatru, mitu, biblijnego powiewu ducha, wody – zaklęcia przestrzeni.

W odniesieniu do koncertu był to początek – otwarcie, i zaskoczenie, ale w odniesieniu do dźwięku, bardzo lubię ten dźwięk, to mi przypomina powiew wiatru, jakiś impuls płynący z innego świata.

Pamięta Pan dzień pogrzebu Jana Pawła II, tę wiatrem przewracaną Księgę i hierarchów kościelnych przytrzymujących birety?

– Tak, oczywiście, o tym także myślałem. Wiatr, powiew, coś takiego przytrafiło mi się dosłownie w zeszłym roku. Podświadomość dyktuje często takie skojarzenia. Pamięć pewnych obrazów, odczuć, zamienia się w muzykę. „Mountains – muzyczne wspomnienie o Janie Pawle II” nagrywałem na koncercie w Wiesbaden, w chwili, gdy z tego świata odchodził Jan Paweł II, dokładnie w tym samym momencie. Na bis grałem zmęczony, ale szczęśliwy, myślami byłem z Janem Pawłem II. Bardzo przeżywałem jego odejście. Grałem taką kołysankę… Czy słyszał, idąc do Nieba? Nie wiem…

Koncert w Katedrze w Szczecinie był tajemniczy…

– Wówczas w Szczecinie, w Katedrze, to było niezwykłe przeżycie: wielkie echo, jasna przestrzeń, promienie słońca wpadające przez okiennice…

 Czy zdarzyły się jeszcze jakieś, które zapadły Panu w pamięci?

– Jeśli pyta Pani o koncerty niezwykłe, to zdarzył mi się taki w roku 2015, 6 grudnia, był to jeden z najbardziej emocjonujących, jakie przeżyłem. Wykonanie całego „The Koln Concert” Keitha Jarretta wraz z własnymi wstawkami improwizowanymi jest zawsze największym wysiłkiem i wyczynem, porównywalnym z wejściem na Mount Everest i zejściem w tym samym dniu. Dla mnie osobiście, przy fortepianie, graniczy ze skrajnym szaleństwem. A po koncercie, już na luzie, gdy dochodzi do bisu, pojawia się czasami niezwykła muzyka. Wtedy była wyjątkowa atmosfera, to, co udaje się czasem, gdy kontakt z publicznością, mimo że jej nie widać, jest stuprocentowy. Jakaś bezpośrednia linia przekazywania dźwiękiem emocji. Tyle, że potem wiele tygodni ciężko chorowałem. Takie są koszty tych wyczynów…

Muzyka Keitha Jaretta olśniła mnie kilka lat temu u przyjaciół w Kolonii, wielbicieli jego muzyki. Snuła się po mieszkaniu o różnych porach dnia z przedziwną zmiennością w zależności od światła…

– Poznałem ją w roku bodajże 1987 i od tej pory była olśnieniem i drogowskazem, dlatego postanowiłem rzucić się na ten koncert, wykonać go po swojemu, nagrać i rozwijać własną muzykę improwizowaną. To był najsilniejszy impuls dla tej działalności.

W tym koncercie są trudne akordy, przemilczenia, jak długo pracował Pan nad nim?

– Faza przygotowania do pierwszego koncertu trwała około roku.

Pracuje Pan systematycznie czy eksplozja emocji powoduje, że Pan komponuje?

– Systematycznie w sensie obcowania z instrumentem, ale komponujemy także w głowie, bez zapisywania, czasami ten proces po prostu dojrzewa w głowie, w myślach, w sercu, i dopiero później zaczyna nabierać formę zapisaną.

W czasie koncertów ważna jest akustyka…

– Akustyka to pierwsza rzecz, którą testuję przed dotknięciem instrumentu, jest moim rezonatorem, całym instrumentem tak naprawdę. Zawsze noszę kamerton ze sobą na koncerty, bo nigdy nie wiadomo czy i jak nastroją. Kiedyś stroił mi fortepian pewien rubaszny Czech, przed koncertem w Darmstadt, dostroił do środka, na dole sobie odpuścił. Siadam i mówię – Basowy rejestr nie stroi. Mówię, że słyszę, że jest za nisko. Czech był podpity i nie miał ochoty na pracę, przysiadł na sali. Wchodzi mój kolega organista, posłuchał, jak nie ryknie – Basy za nisko – po polsku. Czech się poderwał z krzesła – to wy Polacy? – A co Pan myślałeś! – mówię po polsku –  No to już lecę i dostrajam! – odkrzyknął Czech. – Coś ty człowieku, to zawsze tak Niemcom stroisz –  pytam? – Niemcy… nie słyszą –  on na to… Nie słyszą i nie protestują…

Ludwik van Beethoven był Niemcem…

– Ale pojechał tworzyć do Wiednia, bo tam… słyszą… (śmiech)

Gdy zbliża się Pan do fortepianu jest Pan opanowany?

– Czuję zawsze wielkie napięcie, jakąś radość, że idę do słuchaczy z moim dźwiękiem.

Uśmiecha się Pan do siebie, zanim zacznie grać?

– Może… chyba tak. Podobno. Tak mówią widzowie. To dla mnie wielka radość, ale zazwyczaj myślę, skupiam się na tym, żeby zacząć od początku, z napięciem i zabrać słuchacza ze sobą w podróż.

Gra Pan dla ogółu słuchaczy, czy myśli o jednej osobie?

 – Dobre pytanie! Chyba do każdego z osobna, bo wiadomo, że każdy słucha inaczej, ale zarazem do wszystkich obecnych na sali. Gdy prowadzę koncert sam, słowem wiązanym, co się zdarza, zależnie od repertuaru, mam nawyk dyrygenta, patrzę na wszystkich i na każdego z osobna.

Dlaczego muzycy wpatrują się w dyrygenta jak zahipnotyzowani?

– Na koncercie wychodzi efekt pracy na próbach, podbudowany o to, że gramy i śpiewamy dla słuchaczy. Dyrygent – to jest – jeśli jest – kreator akcji całej muzyki. On prowadzi muzykę, cały czas rozgrywa akcję dzieła na scenie. Praca sprawia mi wiele radości, lubię ją. Trzeba się dobrze przygotować. Zazwyczaj jest dużo do zrobienia w krótkim czasie, a więc trzeba mieć dzieło w głowie i wszystkie jego elementy – funkcje, umieć o tym w jak największym skrócie mówić i ćwiczyć fragmentarycznie, ale w kontekście całości, od szczegółu do ogółu i z powrotem. Trzeba panować nad muzykami. Oni muszą wiedzieć, że tylko ja im pokażę, jak powinno być, bo wiem, czego chcę. Daję im gwarancję i bezpieczeństwo a działam autorytarnie. Orkiestra to zespół, który trzeba na każdej próbie scalać i pobudzać, by nie chcieli mniej. Trzeba im dać pograć, wypróbować, dobrze obserwować, co robią, jak to brzmi i korygować to, co niezbędne i konieczne. Na próbach jest nauka, korektura, wypróbowywanie, składanie, dopracowywanie, Koncertowanie jest sumą tego wszystkiego w czasie koncertu, całością większą od sumy części. Próba generalna to zawsze jest jeszcze przygotowanie, ostatnia próba to 70 procent koncertu.

Tylko wyobraźnia dyrygenta kreuje światy, inni są podporządkowani? Cała orkiestra symfoniczna bezwolnie poddana jest wizji dyrygenta?

– Tak,  tak powinno być. Orkiestra jest jak oddział w bitwie, dowódca jest absolutnym dyktatorem, zawierzają mu bezgranicznie… Nie mają wyboru. Gdy tak się nie dzieje, efekt jest połowiczny lub zły.

Kiedy komponuje Pan utwór na orkiestrę, czuje się Pan jak generał?

– Można tak powiedzieć, chociaż bardziej interesuje mnie jako twórcę – plan akcji i sposób organizacji materii muzycznej dla osiągnięcia takiego lub innego efektu brzmieniowego.

Pod czyją batutą zagrałby Pan bez wahania, „prawie nieprzygotowany”?

– Simona Rattle.

Czemu właśnie z nim? Czym Pana ujmuje?

– Bo jest absolutnie świadomy tego, co robi.

Ma jakiś szczególne przymioty?

– Fenomenalną muzykalność, temperament i opanowanie a przy tym niezwykłą kulturę osobistą, pozwalającą na współpracę na najlepszym poziomie artystycznym i doskonałą atmosferę pracy na próbie. Szanuje innych, to się czuje. Miałem z nim do czynienia na festiwalu w Aix Ex Provence w roku 2000, gdy jako śpiewak chóralny wykonywałem operę Janacka.

Woli Pan koncerty indywidualne czy pracę zespołową?

– Myślę, że to są różne, choć tak samo piękne przeżycia. Lubię prowadzić orkiestrę, chór, grać solo i z innymi.

Czy dlatego, że jest Pan daleko od kraju, Pańskie kompozycje są przepełnione polskością?

– Być może tak jest, ale myślę, że byłoby nie inaczej gdybym był w kraju na stałe. Trzeba o polskiej historii głośno wołać na cały świat, tworzyli ją bohaterowie prawdziwi. 3 lata temu grałem na koncertach improwizacje na temat powstańców i Powstania Styczniowego. Poniosły mnie te piękne melodie. Wspaniali ludzie tam walczyli, wytrzymali tę kaźń polską i wolę powstania z niewoli. Od strony artystycznej pieśń jest formą mi najbliższą i najbardziej ulubioną. 48 minut publiczność przeżyła z zapartym tchem.

Do słów Przesłania Pana Cogito Zbigniewa Herberta skomponował Pan Memento – Polskim Bohaterom i Żołnierzom Wyklętym…

– Polacy potrafią wszystko wybaczyć, ale nie zapomnieć. I to jest wielkość naszego Narodu.

Od moich przyjaciół Górali często słuchałem, w młodości, opowieści o „Ogniu” i jego oddziale. Zawsze widziałem wielką dumę w ich oczach. Wielu z ich ojców, dziadków walczyło razem z nim. Moja rodzina pochodzi z dawnej Galicji. Babcia mieszkała w Krościenku nad Dunajcem, rodzina była od Krakowa po Jasło, rozsiana, stąd moje duchowe pochodzenie właśnie z Galicji i Podhala. Ale teraz mogą wrócić – bo widać jak wracają – do tamtej tradycji, mają podobnego Ducha. To się teraz ponownie zaszczepia u najmłodszego pokolenia.

Od kiedy Pan wiedział, że jest inny, utalentowany muzycznie?

– Długa historia… Od kiedy pojechałem do domu moich dziadków i zauważyłem stojące tam wielkie, czarne pianino. Odtąd to było jedyne, co mnie najbardziej pociągało. Nie umiałem grać, ale wydobywanie z niego dźwięków, było czymś absolutnie ekstatycznym.

Dziadkowie na nim grali?

– Nie… Ono przyjechało od ciotki mego Taty, z Grudziądza. Ciotka wróciła z Chicago w latach dwudziestych i zakupiła w Grudziądzu kamienicę, zamieszkała w niej a do mieszkania zakupiła wielkie pianino. Później podarowała je memu Tacie, ponieważ dowiedziała się, że chciałby uczyć się grać. Był już 17-latkiem i nie bardzo miał cierpliwość do siedzenia przy instrumencie. Zresztą jego nie interesowała klasyka, chciał grać boogie-woogie i jazz, a moi Dziadkowie, jego rodzice, tego zupełnie nie rozumieli.

To Tato przekazał Panu swoją pasję? Miał cierpliwość uczyć?

– Tato? Nigdy mnie nie uczył grać, nawet nie chciał korygować. Ale nauczył mnie muzyki, miłości do tej sztuki, bo sam kochał ją ponad życie. Pasją Taty były nagrania. Jego płytoteka, taśmoteka, kasety, w końcu płyty CD i streaming z sieci. Całe dzieciństwo, młodość i ten czas, w którym bywałem w domu, spędzaliśmy na słuchaniu muzyki z nagrań. To on otworzył mi oczy na jazz, blues, rock, elektronikę, pieśni, ballady, najlepszych muzyków pop, folk, dosłownie wszystko, co można było kupić na płytach, usłyszeć w radio i przegrać od znajomych, wypożyczyć, gdzieś zdobyć… To był jego i mój świat. Chłonąłem to i to właśnie były jego lekcje muzyki. Pytał mnie bezustannie: – Tomek, kto gra na saxofonie? I wrzucał jakieś nagranie z lat 50 tych. Musiałem wiedzieć, kochał, gdy nie wiedziałem, bo wtedy nastawiał kolejny utwór i pytał: –  A kto gra tutaj? –  I tak się bawiliśmy. Mama nas musiała wyganiać do spania, bo mogliśmy tak przez całą noc.

Co robiła Mama?

– Pasją Mamy było malarstwo, grafika i architektura. Mój dom składał się z tych dwóch żywiołów. Obydwoje byli z zawodu prawnikami, wspólnie z Tatą prowadzili kancelarię.

Tato lubił się śmiać?

– Był mistrzem żartu, najlżejszego, jaki znam, ale tak mocnego, i trafiającego w sedno że wręcz powalającego. To była taka jego „biała broń“. Tato był geniuszem żartu. Jego kpiny i docinki szły w pięty, uwielbiałem to, choć nie raz bolało. Był w nich szczery – do bólu. Lubiliśmy się spierać, ale zawsze lekko. Tato mnie wspierał, choć nigdy, albo bardzo rzadko, o tym mówił. Był najlepszym człowiekiem, jakiego znałem, do tego najuczciwszym spośród sprawiedliwych, skromnym, ale i z dystansem do świata, który widział przez pryzmat żartu i chaosu… Ale kochał świat. Pod koniec życia bardzo cierpiał. Grałem dla niego koncerty przez sieć, to dla niego powstały Piano Explorations”. Kapitalnie oceniał moją pracę, małomównie, ale po jednym słowie wiedziałem, czy mu się podobało czy nie, a zwłaszcza, gdy nic nie mówił. Czasami się uśmiechał i wtedy nic nie musiał mówić. Słyszałem jego uśmiech przez telefon. I zawsze o nim myślę, grając. Zawsze gram dla niego…

Dziękuję Panu, Maestro, za rozmowę.