Ten termin spopularyzował Nietzsche, określając resentyment jako głęboko zakorzenioną urazę wynikającą z poczucia krzywdy, niemocy, zazdrości. Kaczyński jest jego klinicznym przypadkiem.

Są ludzie, którzy mają do kogoś głęboko zakorzenioną urazę i chcieli by mu oddać, ale nie mogą. Tłumią ją, ale potem, rzutuje ona na całe ich życie i powstaje resentyment.

Nie wiem co u Kaczyńskiego spowodowało taką niechęć do Niemiec i Niemców, ale jego resentyment jest tak silny, że widać przyczyna jego niechęci musiała spowodować duże szkody w jego psychice.

Nie ma bowiem dnia, by na nich nie pomstował.
By przed nimi nie przestrzegał, demonizował.

Ciągle odwołuje się do ich nazistowskiej przeszłości nie chcąc widzieć, że Niemcy się zmieniły.

No, ale skąd ma taką wiedzę mieć.

Nie jeździ tam, nie utrzymuje kontaktów z Niemcami.
Zaszyty w swojej norze na Żoliborzu tka pajęczą sieć jak Szeloba, wielki pająk z trylogii Tolkiena oraz sika jadem swej nienawiści.

A prawda jest taka, że wielu Polaków wybrało Niemcy jako swój „drugi dom”. Założyło rodziny, wychowuje dzieci.

Wielu pracuje po drugiej stronie Odry, ma tam przyjaciół, znajomych, robi zakupy.
Tak jak ich niemieccy sąsiedzi.

Niemcy są naszym bardzo ważnym partnerem gospodarczym i ważnym sojusznikiem w NATO i UE.
I dobrze, że mamy wreszcie z nimi normalne stosunki.
Tak społeczne jak i polityczne, kulturalne.
I nie wolno tego zmieniać, bo nasz wróg nie jest za Odrą, ale za Bugiem.

Dla Kaczyńskiego i PiS, Niemcy to straszak, którym grozi z braku sensownych propozycji programowych.
Obnażający miernotę jego polityków.

Ale na mnie i wielu moich rodaków on nie działa.
I niech nam Kaczor od

.

Po mnie jego słowa spływają jak po kaczce (nomen omen).

Świadczą tylko i wyłącznie o jego uwiądzie intelektualnym.