W Polsce inwestycyjna tendencja spadkowa utrzymuje się już od 2008 r., kiedy to stopa inwestycji osiągnęła najwyższy poziom 23,1%. Można stąd wyciągnąć wniosek, że to bynajmniej nie suflowane przez Konfederację Pracodawców Prywatnych „niestabilne otoczenie prawne” jest przyczyną tego spadku, gdyż przecież np. już w 2001 stopa inwestycji w Polsce utrzymywała się na poziomie przewyższającym 20%, a chyba trudno przypuszczać, iż regulacje prawne obowiązujące w okresie przed akcesją do Unii Europejskiej były bardziej przyjazne dla inwestorów niż w okresie po akcesji.

Tymczasem – pomimo wprowadzonych przez PiS podwyżek płacy minimalnej Eurostat podaje, iż w ubiegłym roku udział wynagrodzeń w PKB w krajach unijnych wynosił średnio 37,8 proc., a w Polsce było to tylko 32,5 proc. Mniej nie tylko od unijnej średniej, ale nawet od Węgier i Czech. Co więcej, średni udział wynagrodzeń w PKB dla całej Unii Europejskiej zwiększył się w okresie minionych 20 lat o 0,7%, podczas gdy w Polsce zmalał o 2,6% !

Mówiąc krótko – mamy w Polsce kult niskich pensji i wciąż bardzo tanią siłę roboczą, co sprawia, że nie ma presji inwestycyjnej na przedsiębiorców. To właśnie model konkurencyjności gospodarczej oparty na niskich płacach jest głównym winowajcą obecnej sytuacji.

Jedyne, co poprawia u nas wyniki inwestycyjne, to niezły udział inwestycji publicznych (załączam wykres). To, co ciągnie nas na dno, to firmy prywatne, nastawione na prosty wyzysk. Bardzo niskie (na tle średniej unijnej) wynagrodzenia przekładają się na bardzo niski poziom oszczędności u Polaków. Od połowy lat 90 ubiegłego wieku stopa oszczędności w grupie gospodarstw domowych systematycznie maleje, osiągając obecnie poziom zbliżony do 9%, podczas gdy średnia dla całej Unii Europejskiej od lat pozostaje stabilna w okolicach 18%. To przekłada się na ogólnie niski poziom konsumpcji i specyficzne dla krajów mało rozwiniętych przesunięcie uwagi rynku na wielkomiejskie enklawy luksusu.

Co zabawne – niski poziom inwestycji w Polsce jest szczególnie widoczny w… sektorze powiązanym z tzw. „zaawansowanymi technologiami”. Wygląda na to, że rzeczona „wysokotechnologiczność” większości naszych podmiotów sprowadziła się do jednorazowej inwestycji licencyjnej wykonanej czas temu i na tym ich technologiczny rozwój się zakończył.

Wiele razy powtarzałem, że polski przedsiębiorca inwestuje wyłącznie wówczas, kiedy już nie ma innego wyjścia i inwestuje wyłącznie w „sprawdzone rozwiązania”, czyli – de facto – kupuje gotową linię produkcyjną lub maszynę (najczęściej używaną) na Zachodzie (przede wszystkim w Niemczech). Nie inwestuje w R&D i nie utrzymuje kontaktów z akademickim zapleczem naukowo-badawczym (tutaj odgrywają też rolę złe doświadczenia z takiej współpracy – uczelnie nie są zainteresowane szybkim dostarczeniem działającego rozwiązania, ale przeciąganiem grantów w nieskończoność). Dlatego zaplecze naukowo-badawcze mają jedynie największe firmy, na ogół państwowe. Jedynie nieliczne firmy prywatne prowadzą własny, zazwyczaj bardzo skromny dział R&D.

Takie nastawienie przedsiębiorców prowadzi do tego, że Polska nie może pochwalić się wysoką wynalazczością. My po prostu – co najwyżej – z kilkuletnim opóźnieniem powielamy produkcję rzeczy już dobrze znanych na Zachodzie, gdyż jedynie wówczas przedsiębiorca uważa, że ryzyko inwestycyjne jest wystarczająco niskie. Nie mamy istotniej produkcji rzeczy „nowych” – produktów nieznanych wcześniej na rynkach zachodnich. Zajęcie przez polskiego producenta pozycji OEM jest u nas czymś niezwykle rzadkim i najczęściej dotyczy jedynie wzornictwa (np. w przemyśle meblowym) a nie „big idea”.

Ogólnie – jest to problem strukturalny, wynikający z obranego wiele lat temu modelu rozwojowego. Polski biznes rozpoczął się od likwidacji „nieefektywnych” polskich przedsiębiorstw, które spieniężano za grosze w procesach upadłościowych. Nowy właściciel był najczęściej handlarzem, którzy wcześniej utrzymywał się z importu dóbr konsumpcyjnych z Zachodu i ich prostą sprzedażą z gigantyczną marżą. Jak udało mu się przejąć takie upadłe przedsiębiorstwo, to najczęściej po prostu zwalniał załogę i kompletnie ograbiał je ze wszystkiego, co dawało się upłynnić. Wyrywano kable i kotwy z murów, żeby je sprzedać jako złom. Zbywano maszyny i urządzenia a otrzymaną za to gotówkę używano do kontynuowania dochodowej działalności handlowej. Ostatecznie – jak pan właściciel kupił już sobie nowy dom z basenem i kilka samochodów, to ewentualnie zainwestował w zakup w Niemczech używanej linii produkcji czegoś najprostszego, czegoś co „zawsze schodzi”, co dawało mu „samograj” do emerytury, gdyż jego konkurencyjność wobec importu opierała się przede wszystkim na niskich kosztach siły roboczej.

Ta mentalność jest w Polsce bardzo głęboko utrwalona i to tutaj należy poszukiwać źródeł technologicznej niewydolności polskiej gospodarki. Warto zauważyć, że jakiekolwiek działania makroekonomiczne, które naruszają takie status quo są natychmiast oprotestowywane przez Konferencję Pracodawców Prywatnych, którzy załamują wówczas ręce, że co oni biedni teraz zrobią. Co ciekawe – w sektorze średnich przedsiębiorstw, aż 85% podmiotów dysponuje oszczędnościami pozwalającymi na kilkumiesięczną działalność pomimo braku sprzedaży. Jednak nie przekłada się to na poziom inwestycji.

Osobnym problemem jest to, że w Polsce utrwalił się model skrajnie wysokich zysków w sektorze bankowym. Można uznać, że wysokie koszty kredytu inwestycyjnego w Polsce mają ogromny wpływ na niski poziom inwestycji. W jakimś stopniu, sektor bankowy funkcjonuje w Polsce jak pączek w maśle właśnie kosztem zdławienia przedsiębiorczości, co jest przedstawiane jako „słusznie ostrożna polityka kredytowa”. Dla przykładu – w drugim kwartale bieżącego roku marża netto Banku Handlowego wyniosła aż 39.46% !

To jest granda! Polska gospodarka od wielu lat jest ofiarą zmowy banków, której osią jest Rada Banków Polskich. Już samo ustalanie stopy WIBOR, która jest podstawą wyceny kredytów mia ewidentny charakter zmowy handlowej a zarzuty wobec fikcyjności procedury „fixingu” są powszechnie znane. Jednak wpływ lobby bankowego w Polsce jest tak silny, że pomimo zastrzeżeń nigdy nic z tym nie zrobiono. To jest też jeden z moich najpoważniejszych zarzutów wobec PiS, który stawiając bankowca Morawieckiego w funkcji premiera niejako ugruntował tę patologię.

Obraz Tumisu z Pixabay