Nauka w prawie 40-milionym narodzie rozwija się pomyślnie i zgodnie z góry przyjętym planem głównie dlatego, że utworzono szereg bardzo ważnych instytucji mających czuwać nad jej spektakularnym rozwojem. Centralne komisje, rady doskonałości, komitety nauk, nade wszystko zaś ministerstwa z ich departamentami – to wszystko służyć ma temu, aby polska nauka rosła w siłę, a naukowcom żyło się dostatniej. Bez tych instytucji trudno sobie wyobrazić rozwój choćby najmniejszej myśli naukowej.
Niebawem odbędą się wybory do Rady Dzielności Naukowej. Wezmą w nich udział najdzielniejsi z dzielnych z jednej strony, i najbezczelniejści z bezczelnych z drugiej. Głosowanie poprzedzone jest kampanią wyborczą przypadającą na miesiąc… sierpień, kiedy to większość naukowców tęskni za zanurzaniem się w morzu obietnic i deklaracji zgłaszanych przez kandydatów do Rady Dzielności Naukowej. Każde ich słowo jest wyczekiwane i odpowiednio absorbowane przez środowisko naukowe. Trudno sobie wyobrazić bardziej odpowiedni czas na żwawą dyskusję naukową aniżeli sierpień, miesiąc żniwiarzy.
Wybory odbywają się drogą elektroniczną, zgodnie z duchem czasu i postępem technologicznym. Głosować można … przez cały MIESIĄC! (Dlaczego nie przez pół roku?). Nawet najbardziej leniwy wyborca nie ma zatem pretekstu do nieoddania głosu. W tej sytuacji tylko warchoły nie zagłosują. Prawo do głosowania teoretycznie przysługuje wszystkim posiadających stopień naukowy dr. hab. lub tytuł profesora. Tylko jednak teoretycznie, bo wcześniej należy sprawdzić swoje uprawnienia. A tu zdarzają się niespodzianki. Mimo, że wszyscy jesteśmy już obowiązkowo podpięci elektronicznie pod POLON i inne elektroniczne wynalazki służące agregowaniu efektów pracy polskich naukowców, okazuje się, że można nie mieć prawa wyborczego z racji znikniętego adresu mailowego.
Liczenie głosów oddanych elektronicznie oraz ogłoszenie wyników może potrwać… kolejny MIESIĄC. Do końca października. Co jest całkowicie zrozumiałe, bo przecież trzeba te głosy elektronicznie przesłane, wydrukować, ostemplować oraz sprawdzić czy nie są fałszywe. To znaczy oddane niezgodnie z intencją głosującego. Bo przecież każdy może się pomylić.
Na koniec komisja ogłasza wyniki wyborów. Jedynych chyba na świecie, w których głosowanie elektroniczne trwa miesiąc, a drugi miesiąc trwa obliczanie wyników. Powiedzieć w tej sytuacji o maszynie do liczenia głosów, że jest z drewna lub z dykty, to jakby wyprawić komplement.
Myślicie, że to żart? Bynajmniej.
To procedura wyborcza w Radzie Doskonałości Naukowej. Instytucji mającej stać na straży rzetelności i jakości naukowej. Decydującej o awansach naukowych, przyznawanych stopniach i tytułach naukowych. O uprawnieniach do nadawania stopni naukowych, o kształceniu przyszłych kadr uniwersyteckich. Nauka i badania w Polsce są tymczasem na tyle mało istotne, że politycy, którzy na co dzień są w stanie pozarzynać się zardzewiałymi nożami, gotowi są sobie podać ręce byleby tyko pozbyć się ludzi myślących.
Na szczęście polskie społeczeństwo zupełnie nie interesuje się tymi wyborami, co pozwala na oszczędzenie sobie wstydyu. Komu? Polskim naukowcom, od których można i należy wymagać zachowania pewnych standardów. Tolerowanie takiej formuły głosowania, zwłaszcza przez politologów, stawia nasze środowisko – mówiąc oględnie – w nienajlepszym świetle.
P.S. Dla jasności sprawy, zamierzam startować w tych wyborach, choć nie akceptuję ich formuły, która nota bene nigdy nie była przedmiotem otwartej dyskusji.
Zostaw komentarz