Otworzyłem okno w nadziei, że usłyszę syreni, histeryczny głos pani Lempart drącej japę o „piekle kobiet” po tragicznej sytuacji z policjantką w Piasecznie. W końcu to dokładnie ten moment, w którym – według całej tej rewolucyjnej mitologii – powinny pojawić się konferencje, flesze, dramatyczne apele i czarne parasolki. I co? Cisza. Martwa, lepka cisza.
A rzeczywistość robi swoje. Od stycznia przestały działać kolejne dwa oddziały ginekologiczno-położnicze na Podkarpaciu – w Lesku i Leżajsku. W listopadzie zamknięto oddział w Drezdenku. To nie są statystyki z tabelki, tylko realne miejsca, w których kobiety miały rodzić dzieci. „Ciężarne w stresie pytają, gdzie będą rodzić. Szpital też nie wie” – to nie metafora, to dosłowny opis Polski A.D. 2025.
I co na to wielkie wojowniczki o prawa kobiet? Nic. Lempartowa nawet nie piśnie. Aborcyjne „dream teamy” również zamilkły. Zajęte są czymś innym: pigułami, grantami, lokalami pod Sejmem i kasą ze zbiórek. Porodówki w Lesku czy Leżajsku nie są medialne. Tam nie ma kamer, nie ma transparentów, nie ma eventu. Tam jest tylko kobieta i strach.
A Ministerstwo Zdrowia? Zamiast ratować system, pozwolono na likwidację kolejnych porodówek, a dopiero potem zaczęto sprzedawać opowieść o „rozwiązaniach zastępczych”. W praktyce oznacza to jedno: porodówki są zamykane, a kobiety mają rodzić na SOR-ach. Nie dlatego, że SOR-y są do tego przygotowane, tylko dlatego, że nie ma już gdzie indziej rodzić.
Tyle że SOR nie jest porodówką. Nie ma sal porodowych, nie ma odpowiedniego sprzętu, nie ma zaplecza neonatologicznego, a personel nie jest szkolony do odbierania porodów. Kadra SOR-ów ratuje ofiary wypadków, zawałów, agresji, alkoholowych awantur. A dziś ten sam system mówi ciężarnej: „Jak się zacznie, proszę jechać na SOR”. Bez procedur, bez rozporządzeń, bez dodatkowych pieniędzy. To nie jest reforma. To jest improwizacja granicząca z cynizmem.
I tu na scenę wchodzą dyrektorzy szpitali – rzekomo bezradni, rzekomo zaskoczeni, rzekomo „zmuszeni sytuacją”. Tyle że to jest bajka dla naiwnych. Dyrektorzy szpitali dostali podwyżki wynagrodzeń właśnie za „restrukturyzację”, czyli w praktyce demolkę kadrową i likwidację oddziałów. To nie są ofiary systemu. To są wykonawcy politycznych decyzji, dobrze opłacani za lojalność.
Nie ma lekarzy? Nie ma położnych? Oddział „się nie opłaca”? To nie spadło z nieba. To efekt lat decyzji kadrowych, oszczędności i braku walki o personel. Zamiast bić na alarm i stawiać warunki ministerstwu, wybrali święty spokój, kontrakty i premie. Dziś rozkładają ręce ci sami, którzy wczoraj podpisywali dokumenty likwidacyjne. Sługusy systemu, nie żadni bohaterowie.
I w tym wszystkim najbardziej uderza cisza tych, którzy jeszcze niedawno krzyczeli najgłośniej. Gdzie są czarne parasolki? Gdzie jest „piekło kobiet”? Gdzie są konferencje i dramatyczne wpisy? Zniknęły dokładnie w tym momencie, gdy zaczęła się odpowiedzialność. Bo może – i to jest myśl bolesna – nigdy nie chodziło o kobietę. Może chodziło wyłącznie o emocję, wrzask, tłum pod kamerę i polityczny performans. O to, żeby dać władzę „właściwym ludziom”.
Dziś kobieta zastanawia się, czy urodzi w karetce, czy na SOR-ze między pijanym awanturnikiem a ofiarą wypadku. I nie ma już komu krzyczeć. Nie ma parasolek. Nie ma fleszy. Jest cisza. Ta sama cisza, która zawsze zapada, gdy kończy się darcie japy, a zaczyna rachunek za naiwność.
Bo „piekło kobiet” okazało się hasłem sezonowym. Rewolucja była eventem, nie planem. Walka o prawa kończy się tam, gdzie zaczyna się żmudna robota: kontrakty, dyżury, pieniądze i lekarze, których nie da się wyczarować z ideologicznego sloganu.
Czarnych parasolek bym nie wyrzucał. Mogą się jeszcze przydać – choćby gdy będzie trzeba iść rodzić w śniegu. Taki symbol „wywalczonej wolności”. Aaa… to już wcale nie chcecie rodzić? No właśnie. Może i o to chodziło. Mniej Polaków, mniej problemów, mniej kłopotów dla elit. Donald uśmiechnięty, reszta niech sobie radzi.
Strajk Kobiet okazał się picem na wodę, fotomontażem politycznym stworzonym do jednego celu: walki z PiS-em. Gdy cel osiągnięto, kobiety przestały być potrzebne. A służba zdrowia dziś nie „niedomaga” – ona krzywdzi ludzi. I to jest prawdziwe piekło. Nie z transparentu, tylko z życia.
I na koniec pytanie, którego nikt nie chce zadać: gdy wtedy krzyczałyście „moje ciało, mój wybór” – jaki wybór macie teraz? Karetka czy SOR? Google czy panika? Trzeba było być kompletnie ślepym, żeby uwierzyć, że błyskawica walczy o was. Rachunek przyszedł. Jak zawsze – do tych, którzy dali się użyć.
Rafał Szrama 🇵🇱
Zostaw komentarz