Kolejny dzień pielgrzymki 3 lipca 2018 r rozpoczęliśmy od starego górniczego miasta Baia Mare (Wielka Kopalnia) położonego w północnej Rumunii, leżącego w okręgu Marmarosz. Jego mieszkańcy przez wieki żyli z górnictwa, a obecnie znane jest z wydobycia miedzi. Jest ono jego stolicą, a zarazem największą aglomeracją liczącą około 140 tys. mieszkańców. Ma ciekawą historię sięgającą epoki brązu. To te tereny stanowiły królestwo Traków, z których później wywodzili się Dakowie.
Najstarsze zapiski na temat miasta pochodzą z 1142 roku, i dotyczą sprowadzenia niemieckich osadników przez węgierskiego króla Geza II. co miało istotny wpływ na historię tego miasta oraz Rumunii. Jeszcze 30 lat temu na tych terenach zamieszkiwało 30 tys. Niemców stąd niemiecki porządek. Nazwane było po niemiecku Frauenbach (Rzeka Kobiet). Akt lokacyjny wydany przez króla Ludwika Węgierskiego w w 1347 r. jest najcenniejszym dokumentem miasta.

Zwiedzanie pogranicza rumuńsko-węgierskiego którego granice od wieków nie są stałe zaczęliśmy po mszy świętej w kościele pod wezwaniem św. Marcina który z daleka urzekał swoim żółto jasnym kolorem. Niedaleko od niego znajduje się Wieża św. Stefana, jedyna pozostałość po XV wiecznym kościele. Na okalającym kościół placu zbudowana jest ściana z dwoma rzędami różnej wielkości dzwonami. Niestety nie udało mi się dowiedzieć ich przeznaczenia. Wnętrze kościoła jest jasne i przestronne. Uwagę przykuwają malowidła ścienne umieszczone tuż za ołtarzem i piękne witraże. Również ciekawa była chrzcielnica przedstawiająca realistycznie scenę chrztu Pana Jezusa przez Jana Chrzciciela.

Po mszy udaliśmy się na spacer po starówce. Idąc ulicami przyglądając się mijanym kamienicką doszliśmy do placu centralnego miasta na którym znajduje się ciekawa fontanna która nie zachwyca swoją urodą. Przy niej odpoczywaliśmy przed dalszą wędrówką, podziwiając jednocześnie piękne odnowione kamieniczki. Następnie udaliśmy się do kantoru gdzie dokonaliśmy wymiany walut na leje rumuńskie.

Od lat 80-tych dokonały się w Rumunii duże zmiany. Jej mieszkańcy to mili i sympatyczni ludzie bliscy nam kulturowo. Język rumuński ma trochę z łaciny i włoskiego jednak w urzędach, restauracjach, kawiarniach można swobodnie porozumieć się po angielsku, tak samo było w kantorze wymiany walut.

Po wymianie udaliśmy się w dalszą drogę doliną rzeki Izy. Ponieważ w tym rejonie nie ma rozwiniętego przemysłu, w mijanych wioskach było widać dużo biednych, zaniedbanych gospodarstw. W wielu z nich były nieduże kościoły o niepowtarzalnej architekturze. Naszą uwagę zwróciły umieszczone na licznych dachach budynków mieszkalnych nieduże krzyże katolickie oraz ciekawe bramy domów będące specyfiką regionu.

Za pasmami widocznych w oddali gór była Ukraina.

Przewodnik opowiada nam o muzeum dokumentów działalności Ceausescu, mieszczącego się w budynku, gdzie więziono w czasach komuny więźniów politycznych. My jako społeczeństwo mało wiemy o jego zbrodniach na przeciwnikach politycznych i działaniach policji politycznej securitate. Wielu jej członków po obaleniu dyktatora zostało przez terroryzowanych mieszkańców zlinczowanych. Niestety zwiedzanie tego obiektu nie było w programie naszej pielgrzymki.

Tak to rozmawiając i podziwiając z okien autobusu mijaną panoramę dojechaliśmy do wioski Sapanta (ok. 2 km od granicy z Ukrainą ) słynącej z tzw. „Wesołego cmentarza”, będącego jedną z atrakcji turystycznych Rumunii. Wszystko zaczęło się w 1935 roku, kiedy to miejscowy artysta po raz pierwszy wykonał „wesołe” epitafium. Obecnie znajduje się na nim ponad 800 nagrobków w błękitnym kolorze na których wspomnienie o zmarłym wyrażane jest poprzez wyrzeźbienie lub namalowanie charakteryzującej go za życia sceny. Pokazany jest zawód zmarłego, jego przywary i zalety, dobre uczynki, życiowe błędy.

Na jednym z epitafiów możemy przeczytać: „Jestem Mihaju, syn Mihaia. Gdy prowadziłem swe auto byłem w poważnych kłopotach i zakończyłem życie we wsi Sarasan. Tam dopadł mnie zły los, gdy wpadłem w poślizg i uderzyłem w drzewo kończąc nagle swój żywot. a teraz mówię do was, drodzy rodzice: nie trwajcie resztę życia w smutku. Wszak dawaliście mi dobre rady. Ja sam jestem sobie winien zbytniej prędkości za kółkiem. Nie powinienem jechać tak szybko. a teraz widzę, co zrobiłem i, że gniję w ziemi. Żyłem 20 lat, zmarłem w 1994”.

Na środku „Wesołego Cmentarza” znajduje się niedużych rozmiarów drewniana cerkiew. Niestety niewiele można zobaczyć, bo gdy weszłam do środka cały ikonostas zakrywało rusztowanie.

Wychodząc z nekropolii mąż mój nie zgadzał się z nazwą „Wesoły Cmentarz” bowiem dla niego miejsce pochówku nigdy nie jest miejscem do śmiechu lecz zadumy nad życiem doczesnym i sensem życia. Według niego właściwszą byłby nazwa „Nietypowa nekropolia” lub „Błękitny cmentarz”. Myślę, że ma rację.

Po wyjściu z cmentarza mieliśmy trochę wolnego czasu dla profanum. Ponieważ wokół niego rozstawionych jest sporo straganów z ciekawości chciałam zobaczyć jaką mają ofertę dla turystów. Przeważały tekstylia ale były też stoiska z lodami, miodami, serkami podobnymi do zakopiańskich oscypków, itd. Mój wzrok przyciągnęły piękne haftowane rumuńskimi wzorami bluzki. Oglądając nie mogłam się zdecydować którą kupić, więc wybrałam dwie. Mąż zaś wybrał rumuński miód mimo, że przepłacił w stosunku do polskiego. Mamy bowiem w zwyczaju przywozić miód z każdego kraju który odwiedzamy.

Wracając do autokaru po drodze podeszliśmy do drewnianej cerkwi, niestety nie można jednak było wejść do środka była zamknięta. Zrobiliśmy kilka zdjęć przez szybę jednak są słabej jakości.

Będąc w Săpânțy warto odwiedzić nową cerkiew, będącą obecnie najwyższą drewnianą budowlą w Europie której wieża ma 78 m wysokości. Styl budowy podobny jest do cerkwi wznoszonych w Maramureszu od średniowiecza. Na parterze znajduje się skromna kaplica otwarta dla wiernych i turystów do której można wejść co też uczyniłam.

Pomieszczenie w którym się ona znajduje nie jest duże, ikonostas też nie jest zbyt bogaty ale największe wrażenie zrobiło na mnie ceglane sklepienie z owalnymi portretami świętych.
Natomiast nie można było dostać się na szczyt wieży by zobaczyć panoramę wioski a tylko na drugie piętro.

Następnym etapem naszej podróży była rumuńska wioska Ieud w okręgu Maramuresz, gdzie znajduje się najwięcej zachowanych, tradycyjnych drewnianych budowli, m.in. zbudowana w 1717 drewniana cerkiew Narodzenia Matki Bożej. Zastąpiła ona wcześniejszy budynek, istniejący w XIV w., a zniszczony przez Tatarów podczas najazdu w XVII w. Jest to nieduża jednonawowa świątynia z pronaosem, apsydą i jedną wieżą.
Przekraczając bramę otaczającego ją muru weszliśmy na pozostałości starego cmentarza który przylega do cerkwi. Po przejściu kilkudziesięciu metrów dotarliśmy do wejścia. Zaskoczyło mnie jej bogato zdobione wnętrze malowidłami ściennymi i ikonami. Emanuje ono ciepłem i spokojem. Jest jedną z ośmiu cerkwi w tym okręgu wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Podczas przekładania dachu pod dachówkami odkryto napisany przez kleryków w języku rumuńskim dokument – zbiór katechizmów dla ludności zamieszkującej te obszary. Powstał on 100 lat przed Kolumbem. Dziś jako najcenniejszy dokument przechowywany jest w Bukareszcie.

Z wioski Ieud udaliśmy się do miejscowości Bogdan Voda, najbardziej znanej i charakterystycznej wiesi w dolinie Izy. Znajduje się w niej najlepiej zachowana architektura maramureska, oraz najsłynniejszy w okolicy zakład produkujący bramy maramureskie.
Nazwa pochodzi od sławnego zabijaki wojewody Bogdana. Był on barwną i znaną postacią. Skonfliktowany z królem węgierskim Ludwikiem I, stworzył w 1359 r. nowe, niezależne Księstwo Mołdawii.
Tu znajduje się jego pomnik.

Perełką wioski jest znajdującą się w centrum, drewniana cerkiew Sf. Nicolae z 1718 r. Wewnątrz achowały się cenne malowidła, ikonostas oraz stare księgi z XVIII w. Na teren kościoła prowadzi pięknie rzeźbiona tradycyjna maramurska brama. Niestety była ona zamknięta. Mogliśmy jedynie zajrzeć przez okno. Jednak panujący wewnątrz półmrok niewiele pozwolił zobaczyć. Stojąca nieopodal współczesna murowana świątynia wg niektórych psuje trochę widok. Ja jednak nie odniosłam takiego wrażenia, bo według mnie jest to miejsce gdzie przeszłość łączy się płynnie z przeszłością.

Przejazd do zespołu klasztornego Barsana nie trwał długo. Widoki po drodze były cudowne.

Późnym popołudniem dotarliśmy na miejsce. Znajduje się on na wzniesieniu ponad główną drogą. Jego centralną budowlą jest drewniana cerkiew pod wezwaniem Dwunastu Apostołów, z 56 metrową wieżą. Całość zachowuje tradycyjną dla tych terenów bryłę. Jej wnętrze pokrywają polichromie wzorowane na malowidłach znajdujących się w cerkwiach w okolicznych wsiach. Nie przedstawiają one zbyt wielkiej wartości wartości artystycznej, ale porównując je z innymi w starszych cerkwiach można prześledzić ewolucję ludowej sztuki sakralnej.

W skład zespołu klasztornego oprócz cerkwi wchodzi kaplica, altana nakrywająca źródełko oraz zabudowania mieszkalno–gospodarcze. Stojący na skraju wsi zespół klasztorny można z daleka wziąć za zabytek, tymczasem powstał on nieco ponad 20 lat temu.

Ze względu na wąską drogę i brak możliwości zakrętu autokar nie mógł podjechać do samego klasztoru. Ostatnie kilkaset metrów trzeba było przejść pieszo. Droga nie była przyjemna, bo wiodła pod górę, a słońce paliło dość mocno. Dla niektórych osób z naszej grupy wiązało się to z dużym wysiłkiem.

By wejść na teren monastyru musiałam przejść przez bramę z wieżą. Pierwsze wrażenie to cisza i panujący wokół spokój. Widać, że mieszkańcy wkładają dużo pracy bowiem teren jest zadbany. Na trawnikach stoją klomby kwiatami. Urokowi całości nadaje płynący przez środek placu strumień z niedużym drewnianym mostkiem.

Miło było posiedzieć na ławce wśród kwiatów. Po krótkim odpoczynku udałam się z mężem do źródełka by napić się zimnej, krystalicznie czystej wody.

Wracając do autokaru na pamiątkę kupiliśmy piękną ikonę przedstawiającą 12 apostołów.

Był to już nasze ostatnie w tym dniu miejsce zwiedzania w regionie Bukowina. Następnego dnia wyruszamy w dalszą drogę. Czeka nas przejazd do Bystrzycy oraz Targu Mures gdzie mamy nocleg.

Foto:Liliana i Zdzisław Borodziuk