W ubiegłym roku Sejm uchwalił 265 ustaw, które wspólnie z rozporządzeniami zajmują 31.906 stron maszynopisu. Ktoś kto chciałby zapoznać się z aktualnym stanem prawnym (sędzia, adwokat, przedsiębiorca) musiałby w każdym roboczym dniu poświęcać 4 godziny i 17 minut na czytanie tej makulatury. Piszę bez szacunku: „makulatury” bo taka nadprodukcja prawa prowadzi do jego hiperinflacji czyli całkowitej prawie utraty wartości. To jak z papierowym pieniądzem. W takim np. Zimbabwe – pod postępowymi rządami Roberta Mugabe – nikt już nie chce przyjmować oficjalnych banknotów, których wartość jest mniejsza niż papieru, na którym są wydrukowane. Ludzie wolą imperialistyczne dolary.

Podobnie jest z prawem. Jeśli ukazuje się go za dużo w ramach radosnej nadprodukcji, to w końcu w chaosie jaki powstaje nikt nie jest się w stanie zorientować i wpadamy w stan prawnej anarchii.
Jest to – ma się rozumieć – sytuacja wymarzona dla wszelkiego typu mafiosów, którzy mają swoje, „prawo” – proste jak pistolet. Im paraliż państwa jak najbardziej odpowiada.

I otóż sytuacja, w której w ciągu 1,5 roku obecnej kadencji Sejm zmieniał 6 razy kodeks karny, 3 razy kodeks postępowania karnego, 5 razy kodeks cywilny i kodeks postępowania cywilnego i już 3 razy ustawę o ustroju sądów – a są to poważne ustawy, regulujące pracę wymiaru sprawiedliwości – oznacza właśnie „paraliż postępowy” państwa. („Bo paraliż postępowy najzacniejsze trafia głowy”).
Skąd się bierze to legislacyjne rozwolnienie polskiego Sejmu, który w ciągu kadencji uchwala 56 razy więcej ustaw niż np. parlament Szwecji?

Wedle mojej obserwacji biegunkę legislacyjną polskiego parlamentu powodują dwa czynniki działające łącznie. Pierwszym jest nadmierne upartyjnienie pracy parlamentu. W interesie obywateli leży uproszczenie prawa, ale interes polityczny partii przemawia za tym, żeby tematy ciągnąc w nieskończoność, a ustawy „rozdrabniać”, wielokrotnie „sprzedając” społeczeństwu hasło jak to MY naprawiamy, co tamci (przez osiem lat) popsuli.

Bierzemy tematy jak leci – np. pedofili – i łapu-capu zaostrzymy kary w tym zakresie i będziemy głośno trąbić jak „nasza partia broni dzieci”. Kiedy dyrektor sądu w Krakowie narobił przekrętów – to szybciutko łap-cap bierzemy dyrektorów pod kontrolę ministra sprawiedliwości, zmieniamy dwa artykuły ustawy o sądach, ale przedstawiamy to jako „reformę sądów”.

Zmiany, które ekipa PiS wprowadza w wymiarze sprawiedliwości, niektóre są sensowne inne mniej, ale jest ich za dużo i są zbyt fragmentaryczne. Dlaczego nie można zrobić tego gruntownie, zebrać wszystkie propozycje i po stworzeniu spójnego projektu wprowadzić nową ustawę, w miejsce starej?
Nie można bo gdyby zmiany wprowadzać jednorazowo, bez rozdrabniania, to hasło „naprawy wymiaru sprawiedliwości” wykorzystać można by było tylko raz. A tak – kiedy się pouchwala kilkanaście cząstkowych ustaw, cały czas można uprawiać pijar czyli propagandę w temacie nośnym społecznie.

Będziemy zatem mieli kilkanaście ustaw „zmieniających ustawę o zmianie ustawy” czyli totalny chaos i bałagan, ale za to przez rok albo i dłużej minister i jego zastępca będą chodzili w glorii pogromców nieuczciwych sędziów. Chociaż w końcu – założę się, że samych sędziów nie ruszą – a ograniczą się do obsadzenia sądów swoimi dyrektorami.

Tak wiec partyjny interes jest pierwszym czynnikiem mnożenia ustaw w polskim Sejmie.
Drugim czynnikiem jest – niestety – brak wiedzy o zasadach poprawnego administrowania wśród polskiej tzw. „klasy politycznej”. Widać wyraźnie, że „ONI” nie przeczytali ani „Traktatu o dobrej robocie” Kotarbińskiego, ani niczego co napisali klasycy polskiej myśli organizacyjnej – prof. Kieżun czy Zieleniewski.

A po co mieliby to czytać? Wiedza o Smoleńsku i żołnierzach wyklętych przeciętnemu posłowi powinna wystarczać do zajęcia miejsca na wyborczej liście. Nadmiar wiedzy może tylko szkodzić. Bo i tak wiadomo: „Sierpem lepiej ludkowie (posłowie)! Sierpem lepiej!”

Autor: Janusz Sanocki
Poseł na Sejm RP