Tusk pojechał do Indii i odkrył rzecz przełomową: Polskę i Indie nie dzieli nic poza odległością geograficzną. Nobla z dyplomacji może jeszcze nie będzie, ale do Pokojowej Nagrody Absurdu droga stoi otworem.
Polskę i Indie łączy bardzo dużo, nic nie dzieli, nie mamy konfliktów interesów, złych zaszłości historycznych, a do tego wspólne idee i przyjaźń. Człowiek słucha i zastanawia się, czy premier mówi o dwóch państwach, czy właśnie próbuje sprzedać nam bajkę o miłości od pierwszego wejrzenia.
A potem jest jeszcze lepiej. Wychwala Modiego jako „znak nadziei” dla Polski i całej Unii Europejskiej w czasach chaosu, destabilizacji i politycznej nieodpowiedzialności. I to mówi człowiek, który na własnym podwórku ma wystarczająco dużo problemów, żeby nie musieć szukać chaosu na drugim końcu świata.
Ale wisienką na torcie jest oczywiście przyjaźń. Tusk jest dumny, naprawdę dumny, że może nazywać się przyjacielem premiera Indii. Brakuje tylko zapewnienia, że Modi jest jego przyjacielem od zawsze, od dziecka.I jeszcze ta „idea non-violence”, do której Tusk nawiązuje, mówiąc o Solidarności. Kornel Morawiecki, ludzie podziemia, internowani, więzieni i prześladowani przez komunistów wiedzieli, ile kosztuje walka o wolność. Nie potrzebowali zagranicznej sceny i premiera Indii, żeby ich historia nabrała znaczenia. Ale Tusk tego nie rozumie ,no bo niby jak?
Najwyraźniej uznał, że im większe słowa, tym większa polityka.Jeszcze chwila, a usłyszymy, że dzięki jego spotkaniu z Modim skończą się wojny a świat wreszcie odnajdzie sens istnienia. Dyplomacja to nie konkurs na najbardziej napompowane zdanie. Można mówić, konkretnie i z sensem. Można też lać wodę na drugim końcu świata i udawać, że właśnie zmienia się bieg historii.
Tusk wybrał drugą metodę, bo tylko sztukę lania wody zdołał opanować.
Zostaw komentarz