Nikt tak naprawdę nie wie gdzie się od strony Placu Teatralnego zaczyna ulica Fredry. Jedni uważają, że przy sklepie „Kotuś”, inni że już przy kominiarskiej. Ale to właśnie przy sklepie „Kotuś” przymocowany do kamienicy jest ciężki łańcuch, do którego mocuje się tych, którzy w danym miesiącu licząc od pełni księżyca okazali się za słabi. Za karę. Bo na przykład skiśli przy kolejce wódki. Zasnęli znaczy.

– Długo pan tutaj będziesz przywiązany – zapytałem człowieka na łańcuchu z obręczą wokół siły?

– Nie wiem, podobno trzy dni i potem mogę normalnie wrócić do baru. Ta kara jest sprawiedliwa – powiedział – należała mi się. Od dłuższego czasu kisłem w barze i nie brałem pełnego udziału w życiu towarzyskim. Ale kierownik na szczęście to zauważył i mnie ukarał. On jest jak dobry ojciec. Karząc, wychowuje – powiedział mężczyzna w wieku ok. 46 lat.

– Czyli nie skarży się pan na swój los? – zapytałem.

– Absolutnie nie, przeciwnie, chwalę kierownika pana. Wielu innych tez kiśnie przy piciu, zupełnie wyłączając się z życia towarzyskiego, ale to akurat mnie pokarał. Mnie zauważył i na swój sposób docenił. – powiedział człowiek umocowany do łańcucha przy sklepie „Kotuś”.

– Nie przeszkadza panu, że ludzie widza pana jak psa uwiązanego powrozem, ubezwłasnowolnionego jakby? – zadałem pytanie mężczyźnie w wieku ok. 46 lat.

– Przeciwnie, potrzebowałem tego i nadal potrzebuję. W domu czułem się niepotrzebny. Niezauważony. Tutaj, pilnuje ulicy i wszyscy, ale to wszyscy mnie zauważają. Czuję się spełniony.

Po rozmowie z mężczyzna na smyczy udałem się w kierunku granicy na Olzie i trzy razy ją przekroczyłem w tę i w tamtą stronę, żeby zmyć z siebie znaną wszystkim w Cieszynie klątwę, jaka spada na rozmawiającego z człowiekiem na uwięzi. Szczęśliwie ta procedura zadziałała, bo do tej pory nie mam problemów z funkcjonowaniem. Znaczy mam, ale takie jakie wcześniej miałem.