Ryszard Kukliński i Roman Barszcz spotykali się jeszcze w Niedabylu, na wakacjach. Przed wojną. Lata okupacji to ich wspólne dorastanie. Po wyzwoleniu trzy miesiące szukali na Ziemiach Odzyskanych Stanisława Kuklińskiego, ojca. Bezskutecznie. Joanna i Ryszard poznali się właśnie tam. Spojrzałam na ścianę, którą miała przed oczyma, leżąc na łóżku, z którego już się nie podnosiła. Przede mną wisiały fotografie młodziutkiej dziewczynki z kokardami we włosach i młodzieńca w mundurze. Wtedy zadałam to pytanie:

– Kiedy się poznaliście, ile mieliście lat?

W odpowiedzi usłyszałam:

– On szesnaście. Ja skończyłam czternaście.

– Zakochała się pani od pierwszego wejrzenia?

Zobaczyłam na jej twarzy dziewczęcy rumieniec. I wzruszenie. Z głębi serca.

Pani Joanna, żona oficera, dbała o dom. Zajmowała się też pracą zawodową. Wychowywała dwóch synów. Jak każda żona marzyła o spokoju, domu z ogródkiem, spacerach w czasie urlopów. Rzeczywistość okazała się inna. Listopadowa noc 1981 roku przeszła jej najśmielsze wyobrażenia. To noc buntu, niezgody, niezrozumienia sytuacji, nieakceptowania wyborów ojca. Wtedy pani Joanna podjęła życiową decyzję: wszyscy albo nikt. Przez trzy wieczory wychodzili na ulicę przed domem, by czekać na samochód i tych, którzy mieli im pomóc w wyjeździe z Polski. Nikt nie wie, co czuli Kuklińscy, zostawiając w Polsce ukochanych, rodzinę, przyjaciół. Spokój. W Ameryce znaleźli się bez nazwiska, twarzy, domu. W ich z takim trudem budowanym segmencie zamieszkał ktoś inny. Cenny księgozbiór syna przepadł na zawsze. Pułkownika zdegradowano. Pozbawiono mienia i czci. Próbowano zhańbić.

W którymś momencie zapytałam, czy Pułkownik zmienił się w Ameryce. Pani Joanna bez wahania przytaknęła. Z trudem znosił brak wiadomości z Polski. W III RP uznano go za persona non grata. Przyjazd do Polski był niemożliwy. Rok 1994 był dla obydwojga najtrudniejszy. Najpierw zaginął Bogdan. Pół roku później w wypadku stracili Waldemara. Odebrano im wszystko. Kiedy wracała z pogrzebu męża, poprosiła Romana Barszcza, aby podjechali do mieszkania na ulicy Rajców. Obecne właścicielki, siostry, zapraszały panią Joannę, żeby weszła do środka. Ale jak miała przekroczyć próg własnego domu, który został jej skonfiskowany?

W domu pod Wałbrzychem przyglądałam się pamiątkom po Pułkowniku. Srebrnym szablom, darowi szwajcarskiej Polonii dla „małego rycerza”. Srebrnej tarczy wykutej na wzór tarczy hetmana Chodkiewicza, z wygrawerowanym orłem w złotej koronie i napisem: Ostatni polski żołnierz – tułacz. Pierwszy oficer W.P. w NATO. Pułkownik Ryszard Kukliński. Obrońcy Polski i USA. W XX rocznicę przybycia do Ameryki. Polonia Amerykańska. Polacy w kraju. Patrzyłam na potężny fotel z inicjałami „RJK”. Dar gdańszczan, kiedy został honorowym mieszkańcem ulubionego miasta nad morzem.

Pani Joanna wskazała niewładną prawą rękę. Wyciągnęła lewą. Pozwoliła ją przytulić. Modliłyśmy się w intencji jej synów i męża, których portretom przyglądała się w każdej minucie życia. Gdy żegnałam się z panią Joanną, towarzyszyła mi myśl, że być może widzę ją ostatni raz. W słabiutkim ciele ledwie tliło się życie.

Joanna Kuklińska stanęła na czele Komitetu Budowy Pomnika Pułkownika Ryszarda Jerzego Kuklińskiego w Wiązownie. Wiedziała o uroczystościach w Stromcu, gdzie miano mu nadać tytuł honorowego mieszkańca. Nie dożyła uroczystości. Dziś spocznie we wspólnej mogile w Alei Zasłużonych na Powązkach, obok męża i syna Waldemara. W dniu urodzin swojego męża.

Nad losem polskiego Hioba pochyli się wielu.

Otwock, 13 czerwca 2013 r.

Fot. Piotr Kucharski