Siedzimy sobie z sołtysem w barze w zaprzyjaźnionej wsi. Zero alkoholu. Tylko herbata z dużą ilością cukru. Sołtys miesza nerwowo łyżeczką jakby od tego miał się zrobić prąd w herbacie. Nic z tego. Powiedziałem mu, że ze mną się nie napije. Albowiem alkohol to zguba ludzkości. Muzułmanie nie piją (przynajmniej oficjalnie) i ich przybywa, a nas ubywa.

Właśnie zamówiliśmy koszyk świeżych malin. Mam wrażenie, że on zajada nimi głód alkoholowy. Tymi ciosanymi z metra palcami czerpie całą garść i wpuszcza do gardzieli. Jak szympans. Ale mimo wszystko go lubię, bo kiedyś o mały włos razem by nas do wojska wzięli, a potem trochę popijaliśmy. Głównie kosztem jedzenia.

A potem on został sołtysem, a ja profesorem. Nie wiem co gorsze. Myślałem o założeniu firmy, ale nie znam się na tym. Zatem uniwersytet założył mnie. I tak kisnę ze świadomością ulotności życia.

Jak wypiliśmy po cztery herbaty, usiedliśmy przed barem, żeby popatrzeć na bezpańskie psy.

– Patrz pan – powiedział sołtys – niby bezpańskie ale swojskie.

– A kto je karmi? – zapytałem.

– Wszyscy – odpowiedział sołtys.