W końcu zrozumiałam o co chodzi z tą walką z żywnością genetycznie modyfikowaną. Ponieważ mam ostatnio chwilę czasu na poważną lekturę, wgłębiam się w świetną książkę Martina Capparosa „Głód”. Tam jest to bardzo przystępnie opisane i wytłumaczone. Chodzi o to, że patenty na „żywność genetycznie modyfikowaną” ma zaledwie ok. 10 firm – koncernów spożywczych na świecie. Firmy te oferują rolnikom na wszystkich szerokościach geograficznych nasiona i obiecują kilka razy większe plony niż zwykle. Ale coś za coś.

Nasiona można nabyć tylko przez firmę posiadającą patent na taką żywność. Nasiona są odpowiednio zmodyfikowane tak, aby po wysianiu – na następny rok – rolnik nie mógł wysiać nasion zebranych z tej rośliny, ponieważ one są zbyt słabe. MUSI je ponownie nabyć od firmy posiadającej patent. Co roku musi nabywać od nowa te nasiona. I tu jest „pies pogrzebany”, a dla koncernów spożywczych ogromny biznes.

Nasiona genetycznie modyfikowane są silniejsze i bardziej odporne na chwasty. owady itp. Ale firmy posiadające patent celowo nie modyfikują ich tak, aby były odporne na WSZYSTKIE chwasty, czy wszystkie owady.

Na pewne nie są, a na pewne są. Dlatego rolnicy, aby otrzymać obiecane – wysokie – plony, muszą oprócz nasion – koniecznie kupić specjalne pestycydy i inną chemię (produkowane przez koncerny spożywcze oczywiście).

Jeżeli po drodze przyjdzie nieurodzaj i rolnik nie zbierze wystarczających plonów – nabywa wtedy nasiona i chemię „na kredyt” od firmy posiadającej patent. Ponieważ nieurodzaje w biednych rejonach świata zdarza się często – rolnicy szybko popadają w spirale długów i tracą ziemię na rzecz potentatów, którzy taką ziemię chętnie skupują. A wyrugowani z ziemi, biedni chłopi, z głodu uciekają do miast zaludniając slamsy.

Sama „genetycznie modyfikowana żywność” może nie jest w tym najgorsza, ale model biznesowy, wokół tego stworzony, jest nieludzki.

Autor: Ewa Marynowska