Po latach zapomnienia dzięki książce Krystiana Brodackiego – Trzy twarze Juliana Haraschina odżyła postać, która zasłużyła się negatywnie dla polskiego systemu akademickiego z powodu wprowadzenia innowacyjnego sposobu zdobywania dyplomów akademickich, nader pożądanych w Krakowie, choć nie tylko. [Obecna twarz UJ widziana przez pryzmat twarzy Juliana Haraschinahttps://blogjw.wordpress.com/2016/02/05/obecna-twarz-uj-widziana-przez-pryzmat-twarzy-juliana-haraschina/]

Julian Haraschin wdrożył produkcję dyplomów akademickich przy współpracy wielu akademików, nawet tych z samego akademickiego olimpu. Obdarzył za opłatą -rzecz jasna -pewną ilość miłośników polskiego systemu tytularnego. Była to produkcja chałupnicza, ale i taka w warunkach gospodarki socjalistycznej okazała się przestępcza, choć ujawniona dopiero po skandalu obyczajowym, a nie naukowym. Skandalom naukowym, niewygodnym dla sił przewodnich, utrącano i wtedy łeb.

Sprawa Haraschina, jej wątek akademicki, poszedłby zapewne w zapomnienie, gdyby go nie przypomniał niepoprawny publicysta, miłośnik jazzu, ale i prawdy historycznej.

Prawnicy, także historycy z uczelni Haraschina, takiej prawdy nie za bardzo chcieli poznać, a przy tym sporo z tej prawdy chyba się spaliło, bo pożary i inne klęski żywiołowe często stają na przeszkodzie jej poznania.

Innowacyjna metoda udyplomawiania polskiego społeczeństwa nie poszła jednak w zapomnienie, co więcej w warunkach wzrastającego popytu na dyplomy i tytuły została udoskonalona i rozpowszechniona. Kto by się dziś bawił w produkcję chałupniczą.

Po wielu siermiężnych latach mamy wreszcie fabryki dyplomów, które są w stanie zaspokoić niemal każdy popyt. W końcu nie po to obalano niewydajny system komunistyczny, w którym podaż w żaden sposób nie była w stanie nadążyć za popytem, aby w nowym systemie wolnorynkowym nie sprostać popytowi.

Jest wielki popyt na dyplomy – będzie i wielka podaż.

I tak się stało po transformacji dzięki wielkiemu wysiłkowi licznych ‚fikcjonariuszy’ akademickich, oczywiście po wcześniejszym oczyszczeniu systemu z tych, którzy by nie byli zdolni do realizowania fikcji akademickiej, a co gorsza wręcz mogliby stawiać opór. Takie zakały akademickie ( i nie tylko akademickie) objęto ostracyzmem, wykluczono z systemu i wręcz wyklęto, także z pamięci.

Producenci lipnych dyplomów w ferworze zwiększania ich produkcji zaczęli popełniać jednak błędy upolityczniając proces produkcji. Zaspakajali potrzeby tytularne tych co aktualnie u władzy, jakby zapominając, że żadna władza nie jest wieczna i jak przyjdzie nowa władza, siłą rzeczy mniej udyplomowiona, to może i z samej zawiści rozpocząć badania nad procesem produkcji dyplomów dla swoich poprzedników.

Zresztą i sami akademicy zdumieni wręcz kosmicznym tempem rozwoju tytularnego swoich kolegów mogą zainicjować poczynania kontrolne.

Ostatnio media nagłośniły taką sprawę w warszawskiej ASP, [Maja Narbutt – Afera w fabryce doktoratów – wSieci nr 22, 2016] w której produkcja dyplomów metodą Haraschina szła na skalę wręcz przemysłową.

Ujawnił to Dariusz Zawiślak, reżyser i absolwent ASP.

3

Skąd ja to znam ? Tyle, że o moich działaniach i nienawiści do mnie patologicznego środowiska akademickiego żaden dziennikarz do tej pory nie napisał.

Po aferze na ASP można by się zapytać: Po co artystom doktoraty ? Czy ich artyzm wówczas rośnie ? W końcu każdy miłośnik tytułów, może sobie sprawić wizytówki o dowolnej treści wynoszącej jego dokonania pod niebiosa, a nawet wyżej. Czemu za takie hobby ma płacić polski podatnik ? bo przecież koszty utrzymania utytułowanych przez podatników wzrastają wraz z długością zapisu tytularnego.

Jeden z artystów dostał doktorat za album fotograficzny. Ja fotografem nie jestem, ale zdjęcia robię, mam ich dziesiątki tysięcy, i mógłbym je zorganizować w wiele albumów o różnej tematyce domagając się wielu doktoratów. Byłbym sobie wtedy taki doktor do n-tej potęgi – drdrdrdrdrdrdrrrrrrrrrrrrr.

A ja niepoprawny – protestuję, jak ktoś do mnie zwraca się per doktor – nie żebym się wstydził tego co zrobiłem, ale w obecnym kontekście tytularnym – to niemal obraza.

Inni w tej materii są bardziej obrotni i wielu to się bardzo podoba i otaczają takich utytułowanych/utytłanych prestiżem, uznaniem, wyróżnianiem. Niewątpliwie na wyróżnianie zasługują i trzeba te ich wyróżnienia ujawniać.

Poczytajmy choćby fragmenty wyżej cytowanego tekstu:

Co mówi Dariusz Zawiślak o Tomaszu Tomaszewskim …

i kolejny

O dziekanie Januszu Foglerze :

Warto przeczytać (najlepiej za zrozumieniem i refleksją po przeczytaniu) cały tekst.

Analogie do metod Juliana Haraschina – uderzające, tylko że dziś tak naprawdę nikogo to nie bulwersuje, bo takie i podobne poczynania są normą, tak jak i wykluczanie ze środowiska akademickiego, tych którzy stanowią dla nich zagrożenie.

Mamy ogromną ilość kodeksów etycznych, komisji etycznych i porażające patologie i dla nich przyzwolenie, a brak przyzwolenia, a nawet heroiczne zwalczanie tych, którzy je ujawniają.

Jeśli jest inaczej – to chętnie takie opinie/przypadki opublikuję na stronach NFA. Opisałem/przytoczyłem na nich już wiele opinii i przypadków patologii akademickich

Zachęcam do czytania i opisywania nowych – rzecz jasna.