Brak jasnych procedur. System ochrony zdrowia nie działa. Premier odwołała pandemię, a korona wirus szaleje. Wybory są już za nami, ale problemy zostały. Ministerstwo Zdrowia zapowiada drugą falę zarazka na jesieni, a Polacy muszą sobie z chorobą radzić sami lub umierać? Przerażająca relacja rodziny, która prawdopodobnie od 4 dni choruje na COVID-19!

Polska z koronawirusem zmaga się od dobrych pięciu miesięcy. Propagandowe ulotki (czytaj więcej) są rozdawane i wiszą wszędzie, można pomyśleć, że każdy pacjent z podejrzeniem zostanie odpowiednio zaopatrzony i nie zostanie z problemem sam (czytaj więcej). Niestety nic bardziej mylnego. Biliśmy brawo niedawno medykom w podzięce, chcę na początku zaznaczyć, że niestety nie każdy medyk zasługuje na brawa. Bywają medycy, którzy zasługują za swoje zachowanie na strzał w policzek nic więcej.

Relacja żony prawdopodobnie chorego na COVID-19 jest porażająca. – „Mąż źle czuł się już końcem zeszłego tygodnia, w piątek (10.07.2020 r.) zadzwonił do ośrodka zdrowia. Nie było naszego lekarza pierwszego kontaktu, więc wybrać musiał innego. Ledwo żywy, wysoka temperatura, ból kości, mięśni, głowy, oczodołów nie do zniesienia podstawowe pytanie, czy był kontakt z osobą zakażoną koranawirusem?” – mówi nam Pani Renata.

Korzystając z komunikacji i pracując zawodowo nie wiemy z kim mamy kontakt. – „Tylko my jeżdżąc do pracy i w pracy tak naprawdę nie wiemy z kim mamy styczność. Podczas teleporady Pani doktor stwierdziła, że to może być wirus SARS-CoV-2 i zaleciła przeprowadzenie testu. Przy czym od razu zaznaczyła, że na karetkę nie ma co liczyć” – podkreśla żona Pana B. W tym miejscu należy zaznaczyć, że pacjent skarży się na okropny ból a lekarz oprócz suplementów ogólnodostępnych nie wypisuje nic i wystawia zwolnienie lekarskie (tzw. L4).

Choroba nie ustępuje. – „Przez weekend mąż leżał w łóżku, a w poniedziałek z fatalnym samopoczuciem wstałam i ja. Dzwonię do Oświęcimia z zapytaniem o przeprowadzenie testów na COVID-19. Dostaję informacje, że tylko osoby które są objęte kwarantanną mogą liczyć na przeprowadzenie testu. Zadzwoniłam więc do ośrodka zdrowia z zapytaniem, co my mamy robić, kogo prosić o pomoc? Odpowiedź pierwsza jaka padła brzmiała nie wiem. Poczułam wtedy ogromny żal, skoro pielęgniarki w ośrodku nie wiedzą to kto wie? Pani w rejestracji szybko sprawdziła, gdzie powinnam zadzwonić. Dostałam numer do Sanepidu do Oświęcimia, kobieta która zajęła się naszym przypadkiem była nieoceniona” – wspomina Pani Renata.

Wydawało się, że teraz będzie już z górki. – „Pani z Sanepidu, gdy dowiedziała się w jaki sposób lekarz rodzinny potraktował męża w piątek, poprosiła o chwilę celem wyjaśnienia sprawy. Po kilku minutach oddzwoniła i poinformowała, że lekarz z ośrodka zdrowia będzie dzwonił do nas zaraz . W tym samym czasie na męża telefon zadzwoniła wspominana wcześniej Pani doktor. Rozmowa z pacjentem była zupełnie inna niż w piątek. Dostaliśmy z mężem numery skierowań i pojechaliśmy do Szpitala w Oświęcimiu. Pani doktor w trakcie teleporady powtarzała kilka razy, by nie wysiadać z samochodu. Przyjechaliśmy zatem do Oświęcimia (do tego samego w którym rano poinformowano nas, że robią testy tylko ludziom na kwarantannie) pod namiotem nie ma żywego ducha, żadnej informacji kompletnie nic. Czekamy, takie było zalecenie. Po dobrym kwadransie stwierdziłam, że trzeba pójść szukać pomocy. Znalazłam drzwi z napisem dla pacjentów z podejrzeniem COVID-19. Zadzwoniłam na domofon, czekam i nic się nie dzieje. Pielęgniarka rozmawia z drugą jakby nie słyszały dzwonka. Ponawiam dzwonienie i obserwuje sytuację, nic jakby dzwonek Panią nie przeszkadzał. Dzwonię po raz trzeci, podchodzi oburzona Pani z pytaniem w jakiej sprawie?” – relacjonuje żona Pana B. – „A więc recytuje to co w tym dniu mówiłam już kilkanaście razy po czym słyszę a gdzie mąż? No więc mówię, że mąż został w samochodzie, pod namiotem bo my tam mieliśmy przyjechać. Na co zostałam poinformowana, że mamy przyjść pod drzwi. Poszłam więc po męża i pełni nadziei, zmęczeni jak diabli ruszyliśmy z nadzieją do drzwi. Nasz entuzjazmu nie trwał długo. Po zadzwonieniu na dzwonek szklanych drzwi Pani znów zapytała w jakiej sprawie. Tym razem mąż zaczął tłumaczyć, pokazywać numery skierowań i wtedy Pani stwierdziła, że my nie mamy być tu tylko pod namiotem. Więc mówimy, że w namiocie nie ma nikogo, na co usłyszeliśmy bardzo chamskie odzywki, że nikt mi na to nic nie poradzi, że tam nikogo nie ma i że mam problem. Jedna z tych pielęgniarek od początku była arogancka i bezczelna. Usłyszeliśmy że mamy iść pod namiot. Poszliśmy grzecznie do samochodu pod namiot, ale po kolejnych 30 minutach czekania postanowiłam zadzwonić ponownie do Sanepidu z prośbą o pomoc, bo my już nie wiemy co dalej robić” – opisuje sytuację Pani Renata.

Sanepid swoje a życie swoje. – „Pani z Sanepidu obiecała działać a nam powiedziała żebyśmy szli próbować jeszcze raz. Więc poszliśmy i usłyszeliśmy, że musimy zadzwonić pod podany numer telefonu i zarejestrować się na pobranie wymazu. Więc znów wróciliśmy do samochodu i zadzwoniłam pod podany numer i dowiedziałam się, że wymazy pobiera się od 9-11 i wszyscy o tym wiedzą, że skierowanie które mamy jest nam do niczego nie potrzebne i że od momentu pobrania wymazu musimy zostać na oddziale do uzyskania wyniku testu. I w tym momencie oboje się zdziwiliśmy, gdyż w domu czekała na nas nasza jedenastolatka i pies. W tej sytuacji przyjechaliśmy po tylu godzinach proszenia i szukania pomocy do domu i wiemy tyle, że nadal nic nie wiemy. We wtorek (13.07.2020 r.) jedziemy do Tychów i mocno trzymamy kciuki, aby ktoś nam w końcu te testy zrobił i żeby okazało się, że to tylko grypa nic innego” – mówi Pani Renata.

Jesteśmy w redakcji Pressmania.pl przerażeni tym jak w Polsce wygląda podejście do pacjenta z COVID-19. Panie pielęgniarki zza szklanych drzwi pomyślcie czasem, bo my pacjenci liczymy, że Wy okażecie nam serce. Czasem chcielibyśmy abyście widziały w nas przerażonych pacjentów. Wasz zawód został wybrany przez Was by nas chronić. Nikt Wam nie każe pracować w nim jeśli nie potraficie wykazać nawet odrobiny empatii ludziom chorym. Warto się nad tym zastanowić. A rządzącym zadać pytanie jak działają procedury medyczne dla pacjentów z koronawirusem. Jak słusznie zauważają wirusolodzy pandemia się nie skończyła pomimo, że Premier Morawiecki ją odwołał.

W całej tej historii najbardziej kuriozalny jest fakt, że Pani Renata była członkiem Obwodowej Komisji Wyborczej i być może w trakcie II Tury wyborów prezydenckich zarażała wyborców? Przecież nikt jej nie pytał, czy jest zdrowa, nikt nie prowadził wywiadu epidemiologicznego, a sama czuła się dobrze. Nasza redakcja zwracała uwagę na takie zagrożenie, ale PKW nie zareagowało, nie odpowiedziało na nasze pytania (czytaj więcej). Ministerstwo Zdrowia skierowało nas do Głównego Inspektora Sanitarnego (GiS), ale ten nie odpowiedział na nasze pytania, a rzecznik przez cały tydzień nie odbierał od nas telefonu. Kto poniesie za taką skandaliczną sytuację odpowiedzialność? To nie koniec tematu dalszy ciąg nastąpi!