Nie tylko politykom zdarza się składać obietnice bez pokrycia. Przykładem jest Powszechny Zakład Ubezpieczeń, jedna z najważniejszych spółek skarbu państwa. Zarządowi firmy kierowanemu przez Andrzeja Klesyka niewiele udało się spełnić z szumnie ogłaszanych trzech strategii.

Przez ostatnie siedem lat, gdy konkurenci niemal podwoili swoje przychody, PZU stało w miejscu. Nasz narodowy czempion systematycznie traci udziały rynkowe i tym samym traci na znaczeniu – i to pomimo kosztownych inwestycji w rebranding czy zmianę systemu informatycznego, które miały odwrócić ten proces.

„Wunderteam” Klesyka

Grupa PZU od lat jest jednym z filarów naszej gospodarki. Po wyborach parlamentarnych w 2007 r., zwycięskich dla koalicji PO-PSL, szybko dokonano zmian we władzach PZU SA, spółki matki. Do zarządu powołano, jak ogłosił nowo powołany wówczas minister skarbu Aleksander Grad, „wunderteam”, którym kierował prezes Andrzej Piotr Klesyk, fachowiec z doświadczeniem w konsultingu. Wspierać go mieli Witold Jaworski i Rafał Stankiewicz, menedżerowie zatrudnieni wcześniej w PZU. Zapowiedzieli jakościową zmianę, która po rządach nieudaczników z nadania PiS‑u miała wyprowadzić flagowy okręt polskich finansów na szerokie wody i przywrócić polskiemu czempionowi należny mu blask.

Z tej trójki tylko Andrzej Klesyk nieprzerwanie pełni swoją funkcję, będąc obecnie najdłużej urzędującym prezesem PZU po 1989 r. I to dlatego na nim, moim zdaniem, ciąży głównie odpowiedzialność za wyniki osiągane w latach 2007–2014 i w obecnym roku. Jego drużyna przetrwała w pierwotnym składzie kilka lat. Rafał Stankiewicz w styczniu 2011 r. wszedł w skład zarządu TUiR Warta, jednego z głównych konkurentów PZU. Jest tam do tej pory. Z kolei Witold Jaworski w kwietniu 2013 r. objął funkcję prezesa TU Allianz Polska, którą pełnił przez niecałe dwa lata. Oficjalnie zrezygnował. Choć jego kompetencje rynek zweryfikował negatywnie, jest teraz prezesem PZU Życie SA. O jego powrocie we wrześniu tego roku zdecydowała opinia Andrzeja Klesyka. To pokazuje, że bierze on odpowiedzialność za całą Grupę PZU.

Bez wyników

A bilans dokonań, wbrew PR‑owi, jaki towarzyszy Andrzejowi Klesykowi, wcale nie jest korzystny. PZU SA, spółka zajmująca się sprzedażą ubezpieczeń majątkowych, choć nadal pozostaje liderem rynku, traci dystans, jaki historycznie dzielił ją od konkurencji. Analizując dane urzędu nadzoru za lata 2007–2014, a więc za okres obejmujący trzy kadencje zarządu, którym kieruje niezmiennie prezes Andrzej P. Klesyk, nie sposób nie odnieść wrażenia, że mimo szumnych zapowiedzi, ogłaszanych przy okazji prezentacji kolejnych strategii, PZU zamiast się rozwijać, stoi w miejscu.

Przyjmuje się, że w wypadku firm ubezpieczeniowych podstawową miarą ich skuteczności rynkowej jest składka (tzw. przypis składki brutto), jaką zbierają one od klientów. Obok wypłacanych odszkodowań to ona ma decydujący wpływ na wynik techniczny, który wraz z wynikiem działalności inwestycyjnej determinuje wynik końcowy (netto) uzyskiwany przez ubezpieczycieli. Niestety pod względem przychodów z podstawowej działalności PZU SA prezentuje się bardzo słabo. W porównaniu z 2007 r. jego przypis składki brutto zwiększył się o zaledwie 3,5 proc., a więc mniej niż inflacja! Tymczasem rynek ubezpieczeń majątkowych i pozostałych osobowych w Polsce – bez PZU SA – wzrósł o w tym okresie o 76 proc., co oznacza, że konkurenci razem wzięci odnotowali 25-krotnie wyższy wzrost niż nasz narodowy czempion! W konsekwencji udział PZU w polskim rynku spadł na koniec 2014 r. do 31,5 proc., o 12,3 pkt. proc., w porównaniu z końcem 2007 r., kiedy prezes Andrzej Klesyk de facto zaczął kierować Grupą PZU.

Ktoś może powiedzieć, że udziały rynkowe nie mogą być fetyszem. OK. Podliczmy więc pieniądze, które realnie wpływają do kasy ubezpieczycieli. W porównaniu z 2007 r. składki zebrane od klientów przez naszego narodowego czempiona w ub.r. były większe zaledwie o 291 mln zł. W tym samym okresie konkurenci zwiększali swoje przychody z podstawowej działalności średniorocznie o 1,1 mld zł. I w konsekwencji w 2014 r. ich przypis składki brutto był wyższy o 7,6 mld zł i osiągnął wartość 18 mld zł (dla porównania 2014 r. PZU zebrał w 8,3 mld zł składek). W sumie w latach 2007–2014 przypis składki brutto z ubezpieczeń majątkowych i pozostałych osobowych wzrósł o 7,93 mld zł. Z danych Komisji Nadzoru Finansowego wynika, że udział przypisu składki brutto z najpopularniejszych ubezpieczeń OC i AC w tym przyroście wyniósł 29,5 proc.

Strata rynku

Więc wcale nie jest tak, że konkurenci PZU rośli szybciej, zdobywając rynek, a więc serca i portfele Polaków dzięki wojnie cenowej (obniżkom cen) w segmencie ubezpieczeń komunikacyjnych. Kołem zamachowym były typowe ubezpieczenia majątkowe czy odpowiedzialności cywilnej, co jest pochodną wzrostu gospodarczego. Przypis składki z ubezpieczeń pozostałych szkód rzeczowych (od kradzieży) wzrósł o 1,19 mld zł, z tego z ubezpieczeń szkód spowodowanych żywiołami o 1,1 mld zł, od OC ogólnej o 1,1 mld zł lub od różnych ryzyk finansowych o 0,84 mld zł. Z tego tortu PZU uszczknęło zaledwie 3,7 proc. A trzeba pamiętać, że penetracja rynku ubezpieczeń majątkowych jest znacznie większa, niż podaje KNF, bo jej statystyki nie uwzględniają wszystkich firm działających na polskim rynku np. na postawie jednolitej unijnej licencji czy za pośrednictwem oddziałów zagranicznych firm.

Rozwój biznesu ubezpieczeniowego jest skorelowany ze wzrostem gospodarczym i siłą nabywczą konsumentów. Polska, mimo światowego kryzysu finansowego, zwiększyła swoje PKB o ok. 25 proc., dlatego obecny rząd utrzymuje, że na tle przeżywającej kryzys Unii Europejskiej jesteśmy „zieloną wyspą”. Choć odbyło się to kosztem wzrostu zadłużenia sektora finansów publicznych, statystyczny wzrost PKB jest faktem. Jak i to, że w tym okresie wszystkie firmy ubezpieczeniowe działające na polskim rynku funkcjonowały w takich samych uwarunkowaniach makroekonomicznych jak PZU.

Wygląda na to, że tylko nasz narodowy czempion nie partycypował w tym wzroście. Inaczej niż konkurenci, którzy zwiększyli skalę swojego biznesu, rosnąc pięciokrotnie szybciej niż nasza gospodarka. I to pomimo ewidentnej przewagi kapitałowej Grupy PZU i ogromnych perturbacji finansowych przeżywanych przez grupy zagraniczne bankowo‑ubezpieczeniowe, których spółki córki działają w Polsce. Okazuje się więc, że na nic się zdały wprowadzona przez zarząd PZU zmiana stylowego, tradycyjnego logo na tzw. tarczę strzelniczą, rebranding placówek, kosztowna wymiana systemu informatycznego czy wprowadzenie bezpośredniej likwidacji szkód, na które PZU wydało setki milionów złotych.

Recepta na porażkę

Niestety wszystko wskazuje na to, że PZU pod kierownictwem prezesa Andrzeja Klesyka nie jest już instytucją pierwszego wyboru, bo obecnie Polacy dwa razy więcej wydają na ubezpieczenia majątku w firmach zagranicznych niż u naszego narodowego czempiona. Ta tendencja, jeśli nie zmieni się sposobu zarządzania, czego dowodem są przytoczone dane, tylko będzie postępowała. Trzeba pamiętać, że wraz z organicznym wzrostem polskiego rynku ubezpieczeń dokonywały się na nim procesy konsolidacyjne. Według raportu KNF za 2014 r., udziały dwóch największych konkurentów w rynku ubezpieczeń majątkowych: Grupy Talanx (będącej właścicielem TUiR Warta i TUiR Europa) i Grupy Ergo wynosiły łącznie 29,4 proc., a z Vienna Insurance Group, czwartym, i Grupą Allianz, piątym graczem wynosiły 46,1 proc.

To oznacza, że jeśli nic się nie zmieni, Grupa PZU może utracić wkrótce zdolność do kreowania warunków rynkowych, tym samym skazując się na dalszą deprecjację udziałów, co niesie niestety inne negatywne konsekwencje. W ub.r. to zagrożenie zdaje się dostrzegł także zarząd. W kwietniu ub.r. PZU kupił za 360 mln euro (ok. 1,5 mld zł) trzy spółki od brytyjskiego Royal & Sun Alliance Insurance (RSA), które z powodu kłopotów finansowych wycofało się z naszego regionu: TU Link4, jednego z liderów rynku direct w Polsce, litewski Draudimas i łotewski AAS Balta. Za Link4, które w ub.r. miało 417 mln zł przypisu składki, PZU zapłaciło blisko 92 mln euro, do tego zobowiązało się spłacić zadłużenie spółki wobec poprzedniego właściciela. Tendencja spadku udziałów rynkowych została chwilowo zatrzymana, ale bardzo dużym kosztem.

Zakup aktywów Royal & Sun Alliance Insurance, jest jak na razie jedyną realizacją szumnych zapowiedzi ekspansji zagranicznej i akwizycji spółek ubezpieczeniowych w regionie, jakie przewidywały kolejne strategie średnioterminowe PZU, prezentowane przez zarząd przy okazji kończących (i rozpoczynających) się kadencji. Według mnie sukces tej akwizycji jest wątpliwy. PZU licytował wysoko, przebijając ofertę Vienna Insurance Group i płacąc wysoką cenę, zbliżoną do równowartości 100 proc. przypisu składki litewskiej (i polskiej firmy). Prezes Andrzej Klesyk zapewniał wówczas, że w wyniku transakcji PZU zostanie liderem rynku litewskiego (Lietuvos Draudimas) oraz łotewskiego (AAS Balta). Z kolei w Estonii PZU miało być numerem 3. Tak też się stało. Przemilczał jednak bardzo prawdopodobną negatywną opinię litewskiego urzędu antymonopolowego, który zmusił PZU do sprzedaży swojej spółki, wówczas wicelidera litewskiego rynku, co prawie pewne, po niższej cenie. Może warto to zbadać? Litwa, Łotwa, Estonia to peryferyjne rynki, biorąc po uwagę potencjał, dlatego wydaje się, że kluczowym aktywem jest Link4. W ub.r. ubezpieczyciel ten zebrał 361 mln składek (w I półroczu br. zwiększył przypis składki do 250,9 mln zł), co oznacza, że inwestycja PZU zwrócić się może po wielu latach. Co stawia zasadność tej inwestycji pod dużym znakiem zapytania.

Co teraz?

W tym roku PZU skupił się na akwizycjach w sektorze bankowym, spółka nabyła 25 proc. akcji Alior Banku za 1,6 mld zł. Inwestycja jest ponoć częścią planu konsolidacji sektora bankowego, która ma objąć również BPH i Raiffeisen Bank Polska. Ich właściciele podjęli decyzję o wycofaniu się z Polski. Tymczasem zarząd PZU w stworzeniu dużo większej i znacznie bardziej efektywnej instytucji – w wyniku połączenia aktywów tych banków – upatruje szansy na zwiększenie dochodów z działalności inwestycyjnej, a tym samym wyniku końcowego Grupy PZU. Według Andrzeja Klesyka ma to być działanie zgodne z interesem akcjonariuszy, w tym skarbu państwa, który jest ciągle największym udziałowcem giełdowej spółki. Oczekuje więc od skarbu państwa wsparcia w tej operacji (i swoistego „listu żelaznego” dla siebie).

Co będzie jednak, jeśli operacja się nie uda, bo BPH lub Raiffeisen Bank Polska przejmą konkurenci? Albo koszty okażą się zdecydowanie wyższe, np. ze względu na konieczność licytowania się z innymi podmiotami? Nie wiadomo, jak do tych pomysłów odniesie się nadzór bankowy (na razie PZU postawiono liczne warunki, dając zgodę na przejęcie akcji Alior Banku), który od dawna sygnalizował, że dalsza konsolidacja sektora nie byłaby korzystna dla klientów. I na koniec trzeba pamiętać, że dla sektora bankowego nadchodzą niełatwe czasy. Do rozwiązania jest problem kredytów walutowych, a PiS planuje wprowadzenie podatku bankowego. Zyskowność sektora bankowego zapewne spadnie, a to oznacza, że inwestycje w banki wcale nie muszą być najlepszym rozwiązaniem. Zamiast zysków, mogą przynieść nawet straty. A z wynikami Grupy PZU nie jest najlepiej.

W 2014 r. skonsolidowany zysk netto Grupy PZU wyniósł blisko 3 mld zł, o 10 proc. mniej niż rok wcześniej. W I półroczu zysk wyniósł niewiele ponad 1,3 mld zł. Jest jednak pozycja w rachunku wyników, która systematycznie rośnie. Według raportu rocznego za 2014 r. wypłacone wynagrodzenia i udzielone świadczenia niepieniężne członkom zarządu PZU przez spółkę i pozostałe podmioty z grupy wyniosły ponad 11 mln zł! W tym uposażenie Andrzeja Klesyka wyniosło w ub.r. ponad 2,7 mln zł (bez wliczania świadczeń niepieniężnych). Jestem zwolennikiem poluzowania gorsetu wynagrodzeń dla zarządów z udziałem skarbu państwa, zwłaszcza tych największych. Mam jednak poważne wątpliwości, czy w sytuacji gdy PZU traci udziały rynkowe i zaprzepaściło szansę na rozwój, a wyniki finansowe w latach 2007–2014 właściwie się nie zmieniły, tak wysokie uposażenia zarządu są uzasadnione. Zgodnie z obecną polityką Ministerstwa Skarbu wynagrodzenia członków zarządów kluczowych spółek z udziałem skarbu państwa mają być uzależnione m.in. od osiąganych wyników finansowych. Czy jednak taka polityka nie doprowadziła do sytuacji, że dzięki operacjom księgowym (np. optymalizacji podatkowej) spółka osiąga oczekiwane wyniki? Z korzyścią przede wszystkim dla siebie, co pokazuje niebagatelny poziom wynagrodzeń, przyznawanych premii i nagród.

Poseł Maks KraczkowskiMaks Kraczkowski
Autor jest posłem PiS‑u, wiceprzewodniczącym parlamentarnej komisji gospodarki.

Źródło: portal niezalezna.pl