„To twoja wina”.
Tak usłyszała. W tym głosie nie było zwątpienia, ale pewność. I wyrok. Bez sądu, bez procesu z adwokatem albo prokuratorem. Właściwie to ten głos był prokuratorem, który wiedział i wydał werdykt. Karą było milczenie i zakaz mówienia o sprawie. Poczuła jakby w rękę wciśnięty miała kij od miotły, którą sama miała w ramach tej przedziwnej kary zamieść sprawę pod dywan. Potem należało go tylko przyklepać i nie widzieć, co pod nim siedzi.Ten dywan i to,co pod nim pozostał w jej świadomości na lata, ponad siedemdziesiąt lat.
Teraz, gdy jest u schyłku swojego życia, gdy zostało mniej niż więcej do tego nieznanego i nieokreślonego finału, wracała myślą do tych słów. Nie potrafiła ich zapomnieć, pomimo,że tyle wydarzyło się przez lata jej długiego życia. Dziesiątki razy głowiła się, czy sama mogłaby, czy byłaby w stanie powiedzieć coś podobnego. Nie, odpowiedź była od zawsze jedna i ta sama. Ileż to razy próbowała zapytać, dlaczego i skąd ten osąd. Odpowiedzią było milczenie, zacisnięcie ust, nabranie wody w usta, zakluczenie tych ust.
Gdy leżała w łóżku wracała myślami do tego wydarzenia. Patrzyła na sufit, na znane sobie plamy, pęknięcia farby. Wpatrywala się weń od lat, kiedy nie mogła już wstać złożona chorobą i niesprawnością. Jej ciało niegdyś wiotkie i giętkie po latach skurczyło się, zmalało, po części znikło Miała wrażanie, że jest jej coraz mniej i że coraz mniej jej było do umierania. Grzbiet wygiął się w pałąk i nie mogła już rozprostować pleców. Mogła patrzeć na ziemię, z nosem coraz bliżej ziemi. Jakby nie miała prawa popatrzeć na niebo, na słońce albo gwiazdy. Jakby musiała widzieć tylko ziemię, która robiła dla niej, w sobie miejsce. Jakby ta ziemia dawała znaki, że wkrótce połączą się w jedność.Dłonie pokrywały plamy, jak centki, jak wielkie wątrobowe piegi. Pokrzywione, pokraczne, coraz mniej sprawne. Niegdyś piękne i ruchliwe wyszywały piękne makatki, których pamiątki nadal zdobiły kuchenne ściany. Tworzyły też wielkie obrusy, z których była tak dumna. Te dłonie pracowały ciężko w polu przy sianokosach, przy wykopkach, zbiorach jabłek w pobliskim sadzie. Teraz były cichym echem dawnego powabu. Wieś niszczyła urodę szybciej niż miasto. Lata pracy czuła w każdym najmniejszym stawie i kostce rąk, stop, grzbietu. Całe jej życie wyznaczone było przez orkę, znój, biedę. Może teraz było wreszcie inaczej, bo nie pracowała. Nie musiała zrywać się po pierwszym promieniu wschodzącego słońca albo przed nim. Nie musiała biec do kur, gęsi, kaczek. Nie spieszyła do krowy mućki i wyciskać mleka z jej nabrzmiałych po nocy wymion. Pole, gospodarstwo nie zezwalało na długi sen. Nie było wakacji, urlopu, ferii, o których teraz tyle mówią.
Gdy wyszła za mąż, szybko pojawiły się dzieci. Ciężko było o każde zadbać, wykarmić, dopilnować. Gdy podrosły, same się pilnowały. Musiały pomagać od maleńkości wdrożyć w każdą jej robotę. Maciek pomagał przy tej gromadce, ale wiadomo, że chłop to chłop, nie zrobi wszystkiego. Zresztą jak reszta sąsiadów lubił wypić, a pijany nie był zdatny zająć się domem. To „babska robota” mówił i kładł się do łóżka, by w pijanym śnie mamrotać o głupotach, które nigdy z głowy mu nie wyszły. Szczęśliwie po Staśce, która była piątym dzieckiem, nie zaszła więcej w ciążę. Może natura była mądrzejsza od głupiej chuci męża. Któregoś razu kopnął go koń sąsiadów. Z glowy pozostała miazga, nie odratowali go. I tak niewiele pomagał, a głupie awantury ulały się jej po wielokroć. Pochowała starego z ulgą, ale na początku często chodziła na jego grób. Takie durne sentymentu ją wzięły, ale na szczęście szybko minęły, bo nie było czasu na głupoty. Nie chciała innego, choć przyłaził niejeden i podgadywał co czas jakiś. Poganiała każdego zmęczona maćkowym pijaństwem i wspomnieniami z wielu lat wspólnego znojnego pożycia. Dzieciaki rosły, pomagały przy obrządku zwierząt i w polu.
Lato, jesień, zima, wiosna, znowu lato. Czas leciał nie wiedzieć kiedy. Nie zauważyła, kiedy stała stara. No może, gdy wnuczka wyszla za mąż, to wtedy poczuła, że gdzieś lat jej przybyło. Wtedy reumatyzm już od dawna kręcił ją w kościach, powyginał palce. Męczyły boleści to w nogach, to w plecach. Doktórka dala jakieś maści i tabletki, ale to niewiele dało. Z czasem coraz częściej zalegała w łóżku i tak ktoegos dnia zostało. Od roku niewiele wstaje. Tyle co do łazienki i przed dom, na chwilę. Pewnie dlatego tyle wspomina i myśli, co było kiedyś…
Bo to było tak, że był piękny dzień. Ojciec kazał jej polecieć do Mariańskich na drugim końcu wsi. Powiedział, że ma przynieść od nich miodu, bo tak się umówili. Nie było daleko, ale kawałek przez pole, koło lasu. Pięknie było, gorąco od rana. Ptaszki śpiewały, świerszcze grały w trawie. Nie zauważyła Mirka schowanego za drzewem. Zresztą czemuż by miała się bać kuzyna. Nawet ucieszyła się na jego widok. Nie przewidziała, co będzie potem. Silny był i nie zważał na jej krzyki. Próbowała bić go, kopać, gryźć, ale on i tak swoje zrobił. Śmiał się potem, gdy go we wsi spotykała.
Potem leżała w tej trawie. Nie pamięta, jak długo. Nie płakała, nie miała na to siły. Była zdrętwiała, sztywna, bez siły. Czula się brudna, zepsuta. Ptaki dalej śpiewały, ale ona niewiele słyszała.
Gdy udało się wrócić do domu, matka zapytała, „gdzie ten miód?”. Nie patrzyła, że jest obolała, że ma potargane włosy i sukienkę poplamioną krwią. Potem tylko powiedziała, że to jej wina. „To twoja wina”. Bo mogła pójść inna drogą, przez wieś, a nie koło lasu. Tak jej powiedziała.
Przez wszystkie następne lata próbowała zrozumieć matkę. Tym bardziej nie mogła pojąć jej słów, gdy urodziła swoje córki. Bała się o nie, upominała, żeby byly ostrożne, uważne, żeby nie prowokowały złego w odludnych i niebezpiecznych miejscach. Martwiła się, gdy szły na zabawy, wesela. Mówiły jej, żeby nie przesadzała, żeby przestała im gadać, bo mają swój rozum. Nie, nie powiedziała im o tym zdarzeniu. Nie umiała, nie potrafiła o tym dłużej myśleć, a co dopiero mówić. Chyba wstydziła się.
Żal do matki pozostał na zawsze. Nie potrafiła jej wybaczyć nawet, gdy ta umierała w szpitalu. Może inne córki zachowałyby się inaczej, ale nie potrafiła jej zapomnieć tych słów.
Uznała, że ma do tego prawo, że są słowa, których nie sposób zapomnieć i wybaczyć.
Kiedyś inaczej podchodziło się do dzieci. Często, zwłaszcza na wsi traktowano je jako osoby do pracy, ale też kłopot, bo trzeba było je wykarmić, ubrać, odchować. Nikt nie zastanawiał się nad psychologią dziecka, nie dmuchał, nie chuchał jak teraz. Kobiety rodziły wiele razy. Śmierć była czasem gościem w każdej chacie. Rodziło się sześcioro, ośmioro, a dorosłości dożywała połowa. Niemniej nie każda matka była taka jak jej.
Leżąc w swoim łóżku, na progu swojej śmierci próbowała myśleć o czymś dobrym. Wiedziała, że można żyć wspomnieniami,ale też z ich powodu powoli umierać.
Tego dnia wyczekiwała odwiedzin prawnuków. Postanowiła, że to będzie miły czas i dobry dzień.
Zostaw komentarz