Po przekroczeniu granicy łotewsko-rosyjskiej rano 9 kwietnia 2019 r. cały dzień spędziliśmy w drodze pokonując kilkaset kilometrów, aby dotrzeć do Smoleńska.

Tereny przygraniczne Łotwy i Rosji, mimo iż są bogato zalesione, robiły przygnębiające wrażenie. Dzień pochmurny, przedwiośnie, sucha trawa, brak nawet pąków na drzewach. Co jakiś czas wyłaniały się stojące niedaleko od drogi pojedyncze zaniedbane lub opuszczone domy i gospodarstwa oraz wioski ukryte za drzewami. Co chwilę zwłaszcza po stronie rosyjskiej widać w lasach ślady wypalania traw. Patrząc na nie zastanawiałam się, jak przy tak intensywnym wypalaniu lasy te nie padły w całości ofiarą pożarów.

Podczas podróży nasza niezastąpiona przewodniczka Bożenka zapoznawała nas z historią tych ziem. Mówiła o wojnach litewsko-moskiewskich toczonych na tych terenach, o obwodzie smoleńskim, Smoleńsku i jego związku z Polską.

Jadąc śpiewaliśmy patriotyczne piosenki i słuchaliśmy majora rezerwy Jarosława Walińskiego, który pięknie recytował wiersze zarówno swojego autorstwa np. „Lot ku chwale” -ku czci gen. Błasika, „Katyń” oraz Wacława Chmielewskiego „Requiem dla grobów Katyńskich” jak i inne.

Co jakiś czas Pani Grażynka z Olsztyna intonowała modlitwy, do których włączyła się cała nasza grupa. Z kolei organizator wyjazdu Pan Sebastian Kucharczyk pilnował, aby nikt z nas nie czuł pragnienia rozdając w zależności od życzenia wodę mineralną gazowaną lub nie. Ponieważ jechaliśmy przez tereny niemające rozbudowanych usług kulinarnych, nasi kierowcy Sławomir i Waldemar przygotowali nam na obiad pyszne gorące kiełbaski.

Było już późne popołudnie, gdy dojechaliśmy do Smoleńska. Z oddali widzieliśmy oświetlony promieniami zachodzącego słońca górujący nad miastem majestatyczny Sobór Zaśnięcia Matki Bożej.

Zanim dotarliśmy do hotelu „Smoleńsk” na nocleg zrobiliśmy rundę autobusem po głównych ulicach miasta. Mieliśmy możliwość przyjrzenia się pięknie odrestaurowanym kamienicom. Patrząc na nie mogłam całkowicie skoncentrować się na kunszcie ich wykonania, bowiem podświadomość przypominała mi, iż parę kilometrów stąd miały miejsce dwie największe tragedie, które dramatycznie zapisały się w historii Polski: zbrodnia katyńska i katastrofa smoleńska.

Następny dzień 10 kwietnia 2019 r. był słoneczny, ale chłodny. Smoleńsk podobno latem tonie w zieleni teraz było ponuro i smutno. Z powagą i skupieniem przygotowywaliśmy się do wyruszenia do tych tak ważnych dla każdego Polaka miejsc. Dwóch uczestników z naszej grupy, by godnie uczcić tych, którzy stracili tu życie i podkreślić znaczenie uroczystości założyło przywiezione z Polski swoje mundury wojskowe: ppłk rez. dr Zdzisław Borodziuk (mój mąż) i major rez. Jarosław Waliński.

Z rana spotkaliśmy się z miejscową przewodniczką Anną Wiktorowną, która bardzo ciekawie opowiadała o dziejach Smoleńska leżącego na wzgórzach nad rzeką Dniepr i o królach polskich, którym przez wieki on podlegał. Nie będę jednak rozwijać tego tematu w tej części mojego opowiadania, zrobię to w kolejnej.

Od wielu lat chciałam podobnie jak mąż, chociaż raz być w Katyniu i naocznie zobaczyć miejsce kaźni polskich oficerów. To w tym miejscu doszło do zbrodni katyńskiej – podczas której NKWD rozstrzelało wiosną 1940 roku oficerów, podoficerów oraz szeregowych Wojska Polskiego, Policji Państwowej, Korpusu Ochrony Pogranicza, Służby Więziennej. Wśród nich byli częściowo pochodzący z rezerwy naukowcy, lekarze, inżynierowie, prawnicy, nauczyciele, urzędnicy państwowi, przedsiębiorcy, przedstawiciele wolnych zawodów, którzy po napaści ZSRR na Polskę zostali po 17 września 1939 roku w różnych okolicznościach rozbrojeni i zatrzymani przez Armię Czerwoną.

Mordowanie rozpoczęło się 3 kwietnia 1940. Tego dnia do Katynia wyruszyły pierwsze transporty polskich jeńców wojennych przetrzymywanych w łagrach na terytorium Związku Radzieckiego. Przez następnych sześć tygodni Polacy wywożeni byli z obozów grupami do miejsc kaźni.

Decyzja o likwidacji polskich jeńców wojennych z obozów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie oraz Polaków przetrzymywanych w więzieniach NKWD na obszarze przedwojennych wschodnich województw Rzeczypospolitej zapadła na najwyższym szczeblu sowieckich władz. Została przeprowadzona w tak zwanym „trybie specjalnym”, bez sądów, bez wyroków, na podstawie list śmierci.

Funkcjonariusze NKWD mordowali jeńców strzałem w tył głowy w Katyniu, Charkowie oraz Miednoje. Zginęło wówczas blisko 22 tysiące obywateli polskich, którzy stanowili elitę narodu, jego potencjał obronny, intelektualny i twórczy.

Przez dziesiątki lat władze ZSRR zaprzeczały, iż mają coś wspólnego ze zbrodnią katyńską. Prawda o niej była ukrywana przez ponad pół wieku i przypisano ją Niemcom. Do końca lat 80-tych nie można było mówić o Katyniu. Dopiero 13 kwietnia 1990 roku oficjalnie przyznały, że była to „jedna z ciężkich zbrodni stalinizmu”, a dwa lata później prezydent Borys Jelcyn ujawnił pierwsze dokumenty. Od tego momentu rozpoczęły się ekshumacje, szukano świadków i można było przyjechać na miejsce straceń.

Pani Anna opowiadała nam jak w latach 80-tych poproszono ją z Moskwy o informacje, co wie na temat zbrodni katyńskiej. Ponieważ jak nam opowiadała jeden z jej kolegów pracował w NKWD, więc miała pewne wiadomości od niego. Podzieliła się tą wiedzą w zakresie ogólnym, jednak jej przełożeni byli strasznie niezadowoleni, że sprawa wychodzi na jaw.

Nigdy nie przypuszczaliśmy, iż do golgoty katyńskiej dojdzie jeszcze golgota smoleńskiego lotniska. To na nim 10 kwietnia 2010 r. doszło do tragicznej katastrofy, podczas której zginęli nasz prezydent Lech Kaczyński i 96 osób, którzy udawali się do Katynia by uczcić 70-tą rocznicę tej zbrodni. Doszło kolejne miejsce tragicznie zapisujące się w naszej historii.

Lotnisko to znajduje się na obrzeżach miasta, więc w pierwszej kolejności udaliśmy się tam, by być przed 9.40 oficjalną godziną katastrofy.

Pan Andrzej Gwiazda współtwórca Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża i NSZZ „Solidarność” przed wejściem na teren katastrofy powiedział, że jej sprawców należy szukać znacznie bliżej niż w Moskwie.

Pogoda była ładna, nie padało i od czasu do czasu pojawiało się słońce. Gdy dotarliśmy na miejsce czekała na nas dość liczna ekipa miejscowych służb porządkowych, która nas poprowadziła na miejsce uroczystości.

Idąc kamienną drogą z betonowych płyt doszliśmy do otoczonej drewnianym pomostem brzozy. Ktoś powiedział, że w tym miejscu znalezione zostało ciało śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, lecz z tego, co widziałam na filmach pokazujących miejsce katastrofy jest to niemożliwe, bowiem do pasa było jeszcze daleko, a samolot prezydencki rozbił się kilkaset metrów od jego progu z jego lewej strony. Przy niej zapaliliśmy znicze i położyliśmy kwiaty.

Sam teren nie robił wrażenia grozy takiej, jaką odczuwaliśmy, gdy dotarły do nas pierwsze obrazy stamtąd w dniu 10 kwietnia 2010. Do samego miejsca katastrofy nie można podejść gdyż teren jest ogrodzony drucianą siatką.

Następnie poszliśmy około 200 metrów dalej do kamiennego głazu upamiętniającego to tragiczne wydarzenie. Umocowana jest na nim tablica z tekstami po rosyjsku i polsku „Pamięci 96 Polaków na czele z prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej Lechem Kaczyńskim, którzy zginęli w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 roku”.

Nie jest ona oryginalna, bowiem tę umieszczoną w 2010 r. przez Stowarzyszenie Rodzin Katyńskich zdjęły władze obwodu smoleńskiego w 2011 roku gdyż nie podobała im się umieszczona na niej treść „W drodze na uroczystości upamiętnienia 70 rocznicy sowieckiej zbrodni ludobójstwa w Lesie Katyńskim dokonanej na jeńcach wojennych i oficerach Wojska Polskiego w 1940 r.”

Mimo, iż władze polskie starały się o postawienie w tym miejscu pomnika wciąż nie ma zgody na to władz rosyjskich.

Po złożeniu kwiatów i zapaleniu zniczy przedstawiciele duchowieństwa katolickiego i prawosławnego odmówili krótkie modlitwy.

Następnie głos zabrał ambasador Rzeczpospolitej Polskiej w Moskwie Włodzimierz Marciniakiewicz. Jego wystąpienie było typowo dyplomatyczne:

„Od tamtego tragicznego dnia minęło 9 lat. Z jednej strony to dużo, ale z drugiej w gruncie rzeczy to mało, ponieważ my wszyscy, którzy tu jesteśmy dzisiaj zgromadzeni uczestniczymy w tej uroczystości i dobrze pamiętamy tamten dzień, godzinę, a także minuty, w których docierała do nas informacja o katastrofie, którą z trudem rozumieliśmy to, co się wydarzyło. (…)

Oni przybyli do Smoleńska po to, ażeby oddać hołd pamięci polskich oficerów zamordowanych w 1940 r. niedaleko stąd w lesie katyńskim, a także oddać hołd tym wszystkim często nieznanym ofiarom zamordowanym w Związku Sowieckim i pochowanym w miejscach, których nie znamy. W związku z tym symbolicznie oddajemy hołd ich pamięci właśnie w lesie katyńskim”.

Jednak najbardziej zapadło wszystkim w pamięci wystąpienie Pana Andrzeja Gwiazdy. On nie bawił się w dyplomację i powiedział to, o czym myśli wielu Polaków.

„Nie chcemy pamiętać kłamstw, nie chcemy pamiętać zafałszowań. Chcemy znać prawdę, prawdę pamiętać. Jak dotychczas wszystkie próby, oficjalne próby wyjaśnienia przyczyn katastrofy są niezgodne z fizyką. Są sprzeczne z fizyką.

Przez 50 lat nie wolno nam było wspominać o (Katyniu) tej śmierci i jej przyczynach. Nawet biedni Niemcy z pokorą przyjęli nałożenie na nich jeszcze jednej zbrodni, byle nie sprzeciwiać się poprawności politycznej.

W wolnym świecie Zachodnim nie wolno było użyć elementów pamięci. Żadne państwo nie zgodziło się na wybudowanie naszym własnym polskim sumptem pomnika ofiar katyńskich, dlatego, że musieli się podlizywać Stalinowi.

Nie chcemy czekać na następne 50 lat, nie chcemy czekać aż upadnie koleiny system, aby wyświetlić prawdę. Mieliśmy tu szereg przypadków, zdumiewających przypadków. Musimy tutaj wspomnieć o zespole ludzi, którzy pracują nad tym ażeby nam przedstawić dowody. Ja wiedziałem o Katyniu, ale musieliśmy czekać 50 lat, ażeby prawda mogła być powiedziana publicznie.

Czekamy już 9 lat i będziemy czekać i domagać się ażeby prawda mogła być ogłoszona publicznie”.

Po zakończeni oficjalnych uroczystości mój mąż nabrał do pojemniczka, który przywiózł z Polski ziemi z tego uświęconego krwią miejsca.

W zadumie i skupieniu opuszczaliśmy to tragiczne miejsce i udaliśmy się do Lasu Katyńskiego, gdzie spoczywały szczątki naszych pomordowanych oficerów by zdążyć na mszę świętą w intencji spoczywających tu Polaków.

Wchodząc na teren kaźni idzie się wzdłuż korytarza, których ściany wyłożone są metalowymi pokrytymi rdzą płytami z nazwiskami pomordowanych tutaj również obywateli rosyjskich. Po przejściu kilkuset metrów doszliśmy do niewielkiego placu, na którym stał oryginalny wagon, którym wieziono polskich jeńców z Kozielska do stacji Gniezdovo, znajdującego się ok. 3 km w linii prostej od miejsca egzekucji polskich oficerów.

Przechodząc obok drewnianego krzyża katyńskiego zwanego „prymasowskim” – przywiezionym tutaj w roku 1988, zapaliliśmy z mężem znicz i zmówiliśmy krótką modlitwę za pomordowanych. W pewnej odległości od niego, na ziemi leżą pokryte rdzą olbrzymich rozmiarów metalowe krzyże przedstawiające Krzyż Kampanii Wrześniowej 1939 i Krzyż Virtuti Militari.

Cmentarz jest uformowany, jako kurhan i otoczony murem, na którym znajdują się tabliczki w formie klepsydr z imieniem, nazwiskiem, datą i miejscem urodzenia, zawodem lub pełnioną funkcją.

Po kilku minutach dotarliśmy na niewielki plac, na którym znajdowały się krzesła i brama pamięci składająca się z dwóch żelaznych płyt pokrytych rdzą i tysiącami nazwisk, a pośrodku między nimi znajduje się górujący smukły krzyż. Przed nią stoi niewielki ołtarz.

Uroczystości rozpoczęły się od uderzenia w Dzwon Katyński. Poszczególne delegacje i osoby prywatne złożyły kwiaty, wieńce i zapaliły znicze. Następnie głos zabrał ambasador RP Wł. Marciniakiewicz, po nim mjr rez. Jarosław Waliński przepięknie recytował wiersz autorstwa Wacława Chmielewskiego pt. „Requiem dla grobów katyńskich”. Było to wzruszające przeżycie. Pomyślałam wtedy o tym, co by było gdyby uczestniczący w tej naszej podróży oficerowie (w tym mój mąż) urodzili się wcześniej, dużo wcześniej. Może i oni znaleźliby się też w tych katyńskich dołach.

Po odegraniu hymnu RP około godz. 11.00 rozpoczęła się msza święta, którą odprawiali polscy księża. Pierwsze czytanie z Księgi Proroka Dawida wygłosił prof. Piotr Gołdyn uczestnik naszej grupy.

Otoczenie jak i sceneria mszy zapadły mi w pamięci do końca życia, bowiem w czasie jej trwania przez chmury przebijały się promienie słoneczne oświetlając zgromadzonych, żelazną rdzawą ścianę na tle zielonych drzew, a wiejący słaby wiatr przemieszczając się między gałęziami poruszał je powodując szum zbliżony do cichego płaczu nad losem wszystkich pomordowanych.

Po mszy świętej mieliśmy trochę czasu, (moim zdaniem zbyt mało), więc podeszliśmy do tego pomnika-ściany by przeczytać nazwiska, które się na niej znajdują. Niestety nic one nam nie mówiły poza tym, że ktoś kiedyś je nosił i w tym lesie zakończył swój żywot.

Następnie udaliśmy się do Rosyjskiej części Kompleksu Memorialnego „Katyń” tzw. „Doliny Śmierci” pod pomnik „Rozstrzelanie”. Idąc powoli i w skupieniu w jego kierunku, szliśmy wzdłuż muru, na którym umieszczonych zostało tysiące metalowych płytek klepsydr. Tych, których odnalazły rodziny miały zdjęcia.

Jeden z naszych współtowarzyszy odnalazł brata babci, który tu zginął. Na drzewie umieścił Jego zdjęcie z danymi.

Idąc wzdłuż tego muru z nazwiskami doszliśmy do ostatniego odcinka drogi wiodącej do pomnika „Rozstrzelanie”. Na kilkusetmetrowej betonowej ścianie umieszczone były metalowe tablice tylko z nazwiskami obywateli rosyjskich, których dosięgnął stalinowski terror i tu zakończyli życie.

Po przejściu tego odcinka wyszliśmy na niewielki betonowy plac, na którym znajduje się pomnik. Przedstawia słaniającą się postać trafioną pociskami. Od tego miejsca rozpoczynają się doły śmierci, z których ekshumowano szczątki Ofiar. Nad dołami umieszczona jest długa metalowa rampa, po której chodząc można zobaczyć z góry miejsca kaźni polskich oficerów.

Dzień był piękny, słoneczny, mimo podmuchów zimnego wiatru w Lesie Katyńskim było spokojnie i cicho. Idąc rampą i patrząc na niewielkie wgłębienia w ziemi trudno było sobie wyobrazić, że tu rozegrała się taka tragedia i było to miejsce spoczynku polskiej elity. Na końcu rampy jest zejście do znajdującego się niedużego prawosławnego krzyża. Mąż zszedł zapalił przy nim znicz i nabrał ziemi do pojemnika. Będzie ona dla nas podobnie jak ta z miejsca katastrofy bezcenną pamiątką.

Osobiście życzyłabym sobie, aby ten nasz pobyt w tym miejscu trwał dłużej, ale czas naglił, program był napięty.

Opuszczając to tragiczne dla Polaków miejsce byłam szczęśliwa, iż dane mi było tu przyjechać, wziąć udział w przepięknej mszy świętej i złożyć hołd ofiarom-elicie narodu polskiego.

Przed wejściem do autobusu weszliśmy na chwilę do stojącej obok parkingu pięknej cerkwi Zmartwychwstania Pańskiego. Na pewno pamięta ona zdarzenia sprzed lat. Znajduje się w niej również obraz Matki Boskiej Częstochowskiej.

Wracając zaś do Smoleńska zajechaliśmy na chwilę na stację Gniezdovo na którą przywożono więźniów z Kozielska, aby ich rozstrzelać w katyńskich dołach. Według relacji rosyjskich świadków zebranych w 1943 roku przez Józefa Mackiewicza, wagony z jeńcami podstawiano na krótki ślepy tor na północnej stronie stacji, z boku. Kiedy więźniowie przechodzili z wagonów do karetek więziennych lub autobusów, którymi dowożono ich na miejsce straceń teren był otoczony kordonem funkcjonariuszy NKWD z bronią gotową do strzału. Okna pojazdów były zamalowane wapnem.

Stacja jest odnowiona i odmalowana. Wygląda ładnie i patrząc na nią trudno uwierzyć, iż jest niemym świadkiem tragedii polskich oficerów,polskiej elity.

W programie w tym dniu mieliśmy jeszcze zwiedzanie Smoleńska, ale o tym już w następnej części mojej relacji.

Foto: Liliana i Zdzisław Borodziuk