O przyzwoitości, wspólnocie i tym, co jeszcze zostało z ludzi

Czasem człowiek siada wieczorem, patrzy w to swoje zmęczone odbicie i myśli, że może całe to życie jest prostsze, niż próbują nam wmówić. Bo świat dziś pędzi jak oszalały koń, a my na jego grzbiecie trzymamy się już tylko siłą rozpędu. I w tym całym galopie zapominamy o rzeczach najprostszych. O tym, żeby żyć tak, by na koniec spojrzeć sobie w oczy i nie odwrócić wzroku. Żeby zobaczyć twarz przyzwoitego człowieka, a nie kogoś, kto całe życie uciekał przed sobą.

Przyzwoitość – słowo stare jak świat, trochę zakurzone, trochę niemodne. Ale im bardziej patrzę na to, co się wokół dzieje, tym bardziej widzę, że to słowo jest jak kompas. Nie pokazuje, gdzie jest północ, tylko gdzie jest człowiek. Bo przyzwoity człowiek to nie jest ktoś idealny. To ktoś, kto stara się nie robić drugiemu tego, co jemu samemu byłoby niemiłe. I to „stara się” jest tu najważniejsze. Bo każdy z nas czasem się potknie, powie za dużo, zrobi za mało. Ale przyzwoitość polega na tym, że człowiek widzi swoje błędy i nie udaje, że ich nie ma.

I tu dochodzimy do sprawy, która mnie od dawna uwiera. Mówi się dziś „społeczeństwo”, jakby to było coś oczywistego. Jakby wystarczyło, że ludzie mieszkają na jednym terytorium, płacą podatki i oglądają te same wiadomości. A przecież społeczeństwo to nie jest zbiór ludzi. To jest wspólnota. A wspólnota to rzecz delikatna, wymagająca, trudna. To nie jest tłum na przystanku ani kolejka w sklepie. To jest trwała zbiorowość osób połączonych silną więzią społeczną i poczuciem przynależności, wynikającą z dzielenia wspólnych wartości, interesów albo przestrzeni. To jest jedność w wielości. Różni ludzie, ale idący w tę samą stronę.

A dziś? Dziś widzę raczej grupy interesu niż wspólnotę. Każda z tych grup ma swój własny cel, często sprzeczny z celem innych. I co gorsza – każda z nich gotowa jest zniszczyć tych, którzy stoją na drodze. Nie przekonać, nie porozmawiać, nie poszukać kompromisu. Zniszczyć. Fizycznie albo symbolicznie, to już zależy od temperamentu. I wtedy człowiek zaczyna tęsknić za czymś, co kiedyś było oczywiste: że wspólnota to nie jest klub interesów, tylko zobowiązanie. Że wspólnota to nie jest „my przeciwko nim”, tylko „my razem, mimo różnic”. Że wspólnota to nie jest plemię, tylko przestrzeń, w której człowiek nie boi się drugiego człowieka.

Bo wspólnota bez celu przestaje być wspólnotą. Bez celu zostaje tylko tłum. A tłum to rzecz niebezpieczna. Tłum nie ma pamięci. Tłum nie ma sumienia. Tłum nie ma odpowiedzialności. Tłum reaguje, nie myśli. I kiedy patrzę na to, jak łatwo dziś ludzie przestają widzieć w sobie nawzajem ludzi, jak szybko zamieniają twarze w etykiety, a rozmowę w okopy, to myślę sobie, że może właśnie dlatego tak ważna jest ta zwykła, codzienna przyzwoitość. Bo przyzwoitość jest fundamentem każdej wspólnoty. Bez niej nie ma zaufania. Bez zaufania nie ma celu wspólnego. A bez celu wspólnego – zostaje tłum.

I wiesz, im dłużej o tym wszystkim myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że choć świat wygląda, jakby się rozpadł na kawałki, to jednak w człowieku zawsze tli się jakaś iskra nadziei. Nie taka wielka, patetyczna, tylko ta mała, codzienna. Taka, która mówi, że może jutro będzie trochę lepiej, jeśli dziś nie będziemy dla siebie wilkami. Bo wspólnota nie rodzi się z wielkich słów ani z ustaw pisanych grubą czcionką. Wspólnota zaczyna się od jednego człowieka, który postanawia być przyzwoity. A potem od drugiego, który to zauważy. I od trzeciego, który pomyśli, że może warto spróbować.

Bo ludzie, choć czasem zachowują się jak stado rozhisteryzowanych gęsi, to jednak w środku mają coś kruchego i dobrego. Tylko że to dobro trzeba w nich obudzić, a nie zagłuszać krzykiem. Trzeba im dać przykład, a nie rozkazy. Trzeba im pokazać, że można inaczej, spokojniej, z większym szacunkiem. I może wtedy, krok po kroku, ta cała zbieranina plemion zacznie znowu przypominać wspólnotę. Nie od razu, nie jutro, ale kiedyś.

Bo na końcu – i to jest chyba najważniejsze – człowiek nie potrzebuje wielkich ideologii, żeby być dobry. Potrzebuje tylko chwili ciszy, żeby usłyszeć samego siebie. I odwagi, żeby żyć tak, by nie bać się odejścia. A jeśli każdy z nas spróbuje choć trochę, to może jeszcze z tego wszystkiego coś będzie. Może jeszcze nie wszystko stracone.

I wtedy wracam do tej myśli, którą noszę w sobie od dawna: żyj tak, abyś na koniec spojrzał w lustro i zobaczył twarz przyzwoitego człowieka. Żyj tak, abyś nie bał się umrzeć. Bo na końcu – kiedy już nie będzie kamer, lajków, sporów i plemiennych bitew – zostanie tylko jedno pytanie: czy żyłem tak, że nie boję się śmierci?

Zbigniew Grzyb

Z cyklu: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄