Pamiętam swoją pierwszą samodzielną wycieczkę w wieku 3,5 roku. Było lato 1958 roku. Moja mama była zajęta gotowaniem obiadu, bawiłem się na ganku wewnętrznym z którego było wyjście na klatkę schodową i na zewnątrz budynku. Wyszedłem i udałem się  w dół ul Krakowską nad rzekę Choczenkę. Wtedy też z drewnianego mostu obserwowałem płynącą wodę w rzeczce i małe rybki. Zauważyła mnie sąsiadka, która wracała z zakupów na pobliskim targowisku i przyprowadziła mnie pod dom przy którym już czekała na mnie moja mama, przeprosiłem i więcej czegoś takiego już nie zrobiłem. Mama zawsze już od tego czasu wiedziała gdzie jestem.

Jako dziecko pamiętam, wypadek śmiertelny małego chłopca, którego przejechała ciężarówka. Maszerował ulicą za wojskiem w okolicach obecnego „Wadomu” u zbiegu Krakowskiej i Zatorskiej. Pamiętam ze wiele osób wtedy płakało, włącznie z żołnierzami, widząc te małe zwłoki i rozpacz matki tego chłopca. Wojsko z koszar często wtedy przechodziło ulicami do ulicy Batorego, gdzie była łaźnia miejska. Wtedy też do nich dołączało wiele dzieci aby z nimi maszerować i śpiewać piosenki wojskowe.

Zawsze będę wdzięczny moim nieżyjącym już rodzicom Antoniemu i Emilii, gdyż bardzo sumiennie dbali o dom, byliśmy dopilnowani, uczyli nas uczciwości i skromności a co najważniejsze postanowili nam dać coś co zaprocentowało na przyszłość w naszym życiu a mianowicie wykształcenie i tego dokonali. W moim domu rodzinnym zawsze panowała wspaniała atmosfera, miałem bardzo dobrych, kochających i spokojnych rodziców. Zawsze z radością wracało się do domu aby podładować „baterie” dobra energią. Była nas czwórka rodzeństwa – Edward, Władysław siostra Jolanta i ja najmłodszy. Mój ojciec w trakcie kampanii wrześniowej 1939 roku został ciężko ranny w bitwie obok wsi Wysoka pod Jordanowem. Był jednym z nielicznych przeszkolonych i zaprzysiężonych na strzelnicy w Jaroszowicach k/Wadowic do używania karabinu przeciwpancernego UR wz.35G  do zwalczania czołgów. Właśnie karabiny te bardzo przydały się w bitwie pod Jordanowem i Wysoką. Gdy wybuchła wojna odbywał zasadniczą służbę wojskową, w momencie jej wybuchu był kapralem 12 PP Ziemi Wadowickiej. Koledzy uznali go za martwego, ale przeżył, był w szpitalu w Jordanowie ponieważ chłopi z wioski zabrali go z pola bitwy, następnie Oflag. Później po zwolnieniu Z Oflagu był w Armii Krajowej dowódcą grupy w obwodzie Wadowice ps. Borsuk a po wojnie miał kłopoty z UB a z nim i my wszyscy, ponieważ musieliśmy żyć skromniej, ale za to żyliśmy z  honorem.

W okresie mojego dzieciństwa i młodości większość czasu spędzaliśmy na wolnym powietrzu. Tak, że rodzice musieli czasem nas głośno nawoływać z podwórka czy z ulicy do domu, bo pomimo odczuwania głodu mieliśmy tyle interesujących zajęć, że nie było czasu na obiad czy też kolację. A podkreślić trzeba, że oczywiście nie było komputerów. Pamiętam jak w Domu Kultury pojawił się pierwszy w mieście telewizor, który został zainstalowany na pierwszym piętrze w sali po prawej stronie, za sekretariatem, naprzeciwko Sali kameralnej.  W trakcie pierwszego uruchomienia i transmisji nie udało mi się go zobaczyć, gdyż byłem za mały a ludzi cała chmara. Tylko słyszałem głosy i domyślałem się, że  jest jakiś program. Jako dziecko wspominam częste  zabawy w parku miejskim, gdzie był plac zabaw i huśtawki tzw. łódki. W centralnym punkcie był budynek z dużymi oknami. Nazywałem go akwarium. Chodziłem tam z rodzicami czy też z moja starszą siostrą Jolantą i jej koleżankami. Można tam było wypożyczać zabawki w tym trójkołowe rowerki. Chodziliśmy często na wycieczki do Księżego Lasu, na Dzwonek czy też na Łysą Górę.

Pamiętam, że Szkołę Podstawową rozpoczynałem w SP nr 1 a ukończyłem w SP 2. Otóż w 1961 roku rozpocząłem naukę w Szkole Podstawowej nr 1 w Wadowicach przy ul. Sienkiewicza. Była to szkoła dla chłopców natomiast oddział dla dziewcząt znajdował się w sąsiednim budynku, które oddzielała tylko ściana. Moją wychowawczynią była pani Anna Wątroba. Była świetną i wyrozumiałą nauczycielką i wychowawczynią. Z nią po raz pierwszy byłem na wycieczce szkolnej do Krakowa, Doliny Prądnika, Pieskowej Skały i Groty Łokietka.  Szkoła nr 2 została dobudowana końcem lat 40-tych. Po ukończeniu klasy IV w roku 1965 nastąpiła reorganizacja i stworzono integracyjne wymieszane klas dziewcząt z chłopcami. Zgodnie z moim rejonem zamieszkania, tj. mieszkałem z rodzicami przy ul. Krakowskiej (wtedy Daszyńskiego, później Buczka) zostałem zapisany do SP nr 2.( http://sp2wadowice.pl/historia-szkoly/) Jednocześnie już uczęszczałem według programu dla 8-letniej szkoły podstawowej. Zmiana spowodowała również zmianę kolegów, lecz  z wieloma z nich przyjaźnię się do tej pory tak jak z Bogdanem Wajdzikiem czy Markiem Stojakiem. Powracając do miejsc zabaw. Ulice Krakowska, Zatorska a także Słowackiego z tzw. Pagórkami, Czumą i Ogrodem Daniela, były ulicami zamieszkałymi przez dużą populację młodzieży. Odbywały się zabawy w Indian, grasowały tzw. bandy kowbojskie czy też odbywały się gry wojenne. Na mojej ulicy wspólnie bawiłem się z Markiem Luftglasem, Janem Filkiem oraz Jasiem Cachem. Zabawy odbywały się też na ulicy Ogrodowej naprzeciwko wtedy Straży Pożarnej i Pogotowia Ratunkowego. W miejscu w którym obecnie jest ulica Emilii i Karola Wojtyłów i plac przed przychodnią dentystyczną. W tym rejonie były też stolarnie, które jako mali chłopcy często odwiedzaliśmy, prosząc o listewki z których robiliśmy zabawki np. miecze. W stolarni majstrem był ojciec mojego kolegi, dlatego nigdy nie było problemów. Tutaj też przyjeżdżało „wesołe miasteczko” z karuzelami i strzelnicami. Na Ogrodowej w zimie zjeżdżaliśmy na sankach spod Kościoła w dół obecną ulicą Doktora  Edmunda Wojtyły. Nie było dużego ruchu samochodowego. W Wadowicach były dwie taksówki w tym jedną zapamiętałem dobrze to było taxi pana Piotrowskiego (brata dr Piotrowskiego) oraz kilka samochodów ciężarowych i osobowych w tym mojego sąsiada dr Zbigniewa Turschmida. Zabawy odbywały się też na Placu Getta czy też nad rzeką Choczenką za Domem Kultury a później również nad rzeką Skawą przy moście kolejowym lub na tzw. „pompach” od strony Jaroszowic, gdzie spędzaliśmy też część wakacji. Nie grałem za często w piłkę nożną czy hokeja. Uwielbiałem za to pływanie w czym byłem dobry. Nauczyłem się pływać w wieku 7 lat gdy koledzy zepchnęli mnie z niewysokiego filaru mostu kolejowego do wody i chcąc nie chcąc dopłynąłem kilka metrów na płytszą wodę stylem nazywanym „pieskiem”. Nadto uprawiałem lekką atletykę oraz gimnastykę. Moim trenerem gimnastyki w Gorzeniu w „szkółce gimnastycznej” był przedwojenny olimpijczyk p. Zenon Kęcki, który po wojnie był nauczycielem w Zespole Szkół Mechanicznych w Gorzeniu. Prowadził też zajęcia dla młodzieży poza szkolnej. Uczęszczałem na te zajęcia gimnastyczne z Markiem Luftglasem, Piotrem Laskiem, Bogdanem Wajdzikiem i Jurkiem Krawczykiem. Natomiast ze sportów zimowych lubiłem łyżwy, sanki i trochę narty oczywiście na Czumie.

Wiele czasu poświęcałem na czytaniu książek. Do tego stopnia, że w nocy czytałem pod kołdrą przy oświetleniu z latarki. Rodzice zabraniali mi dużo czytać  wieczorami z uwagi na chronienie moich oczu. Rozczytywałem się w książkach podróżniczych. Przeczytałem wszystko co było dostępne na temat podróży Livingstona, Stanleya, Rogozińskiego, Domeyki, Strzeleckiego, Arctowskiego, Dobrowolskiego, Dybowskiego  i wielu innych. Uwielbiałem czytać serię „Tomków” Alfreda Szklarskiego i marzyłem o podróżach.  Lecz najwięcej pasjonowałem się Heinrichem Schliemannem (1822 – 1890), który od młodzieńczych lat wierzył, iż odnajdzie Troję opierając się na eposie Homera i tak też się stało. Po latach podróży i pracy teksty Iliady i Odysei stały się dla Schliemanna zrozumiałe i doprowadziły do wielkiego odkrycia.

Lubiłem także czytać literaturę science fiction. W szczególności przeczytałem jako młody chłopiec kosmiczną trylogię Krzysztofa Borunia i Andrzeja Trepki, która ukazała się w latach 1953-1959. „Zagubiona przyszłość”, „Proxmia”„Kosmiczni bracia”.

Wtedy tez po raz pierwszy przeczytałem coś co wywarło na mnie ogromne wrażenie, otóż słowa

„Utrzymywanie, że tylko Ziemia jest piastunką życia, jest równie bezsensowne jak twierdzenie, że na dużym obsianym polu mógł wyróść jeden jedyny kłos pszenicy” – Metodor z Chios.

Lecz najważniejszą książką, która też ukształtowała moje zainteresowania była książka Bohdana Korewickiego – „Przez ocean czasu”. Książka ta była wydana w 1957 roku w niewielkim nakładzie tylko 10 tysięcy egzemplarzy (a wtedy w PRL-u nakłady książek były min. 100 tysięcy egzemplarzy), dlatego jest tzw. „Białym Krukiem” polskiej literatury fantastyczno-naukowej. Nie było jej we wszystkich bibliotekach w Polsce. Cóż była jednak w Bibliotece Publicznej w Wadowicach, która wtedy mieściła się w budynku Domu Kultury z wejściem od strony ul. Sienkiewicza. Wracając do akcji tej książki, to zaczyna się ona w roku 1957, kiedy główny bohater  Dominik Konarczyk, maturzysta, spaceruje po podwarszawskim lesie z aparatem, oddając się swojemu hobby tj. fotografowaniu zwierząt i lasu. Nagle spotyka ubraną w dziwny kombinezon kobietę, która zaskakuje go pytaniem – Jaki mamy dzisiaj dzień i jaka jest data?.  Gdy się oddala, udaje się za nią i odkrywa jeszcze cztery podobnie dziwne postacie i jakiś dziwny wehikuł. Jest to chronomobil, prototypowy pojazd do podróży w czasie wybudowany na Żeraniu w Warszawie w roku 2048. Właśnie tym pojazdem ekipa badawcza udaje się w odległe czasy kredy i jury czyli cofa się w czasie 150 milionów lat. Zatrzymali się w tutaj niedaleko Dominika w roku 1957 tylko z powodu nieszczęśliwego wypadku, w którym zginął jeden z uczestników wyprawy. Naukowcy z chronomobilu proponują Dominikowi zajęcie jego miejsca. Jeżeli to kogoś zainteresowało to do dalszych losów Dominika odsyłam do tej książki. Pragnę dodać, że dzięki tej książki bardzo zaciekawiłem się historią rozwoju ludzkości a w zasadzie rozwoju człowieka od Pitekanropusa, Neandertalczyka poprzez wszystkie fazy rozwoju. Zainteresowałem się także archeologią, geologią i paleontologią. Zainteresowania te zostały wzmocnione przez kontakty z prof. Janem Sarnickim z Liceum Ogólnokształcącego w Wadowicach i podczas wspólnych wypraw geologicznych z przyjaciółmi, które już wcześniej opisałem w moich wspomnieniach.( Od Wadowickich ciekawostek geologicznych i paleontologicznych do meteorytów – czytaj tutaj). Później z biegiem lat młodzieńczych rozczytywałem się w książkach Ericha von Denikena. Oczywiście jak prawie każdy przeszedłem poprzez „Zuchy” do harcerstwa. Byłem przybocznym w drużynie harcerskiej utworzonej przy Spółdzielni Mieszkaniowej w Wadowicach na Osiedlu Westerplatte. Nasza „Harcówka” była w bloku nr 17 na tym osiedlu. Obecnie mieści się biuro Zarządu Ogródków Działkowych. Wcześniej każdej zimy na pobliskim boisku do siatkówki było lodowisko a w tym pomieszczeniu wypożyczalnia łyżew. Drużyną opiekował się hm Tadeusz Kiełtaczyński. Drużynowym był mój przyjaciel ze szkolnej ławki Mirosław Kołodziejczyk. Ja natomiast z kolegą Jerzym Krawczykiem byliśmy przybocznymi. Początkowo naszą drużynę sponsorowała Spółdzielnia Mieszkaniowa a następnie Przedsiębiorstwo Rejonu Dróg Publicznych w Wadowicach, gdzie Tadeusz Kiełtaczyński był szefem związków zawodowych. Organizował dla nas wycieczki w góry i biwaki. Od tego czasu rozpoczęły się moje wędrówki po górach i zdobywanie po .kolei wszystkich stopni odznaki GOT czyli Górskiej Odznaki Turystycznej. Oprócz tej drużyny była również oblegana przez młodzież słynna drużyna Druhny Dębskiej. Pamiętam jak niektórzy koledzy z naszej drużyny harcerskiej hm Kiełtaczyńskiego u boku żołnierzy z jednostki wojskowej z Wadowic brali udział w słynnej akcji poszukiwawczej w 1969 roku pod górą Policą. Gdzie doszło do wypadku samolotu pasażerskiego An-24 w dniu 2 kwietnia 1969 roku niedaleko miejscowości Zawoja w Beskidach. Zginęły wtedy 53 osoby, w tym 47 pasażerów i 6 członków załogi. Na pokładzie samolotu był m.in. wybitny językoznawca Zenon Klemensiewicz. Niektórzy z kolegów przez wiele lat mieli traumę z powodu widoku ciał które tam znaleziono i które zostały stamtąd sprowadzone do Zawoi. Wojsko wtedy pomagało przy użyciu koni sprowadzić te ciała z rejonu szczytu Policy. Jako dziecko pamiętam, że na Krakowskiej w środkowej części, była piekarnia popularnie zwana „u Glanowskiego”, która zaopatrywała jednostkę wojskową w chleb. Była też wtedy okazja zobaczyć wóz zaprzężony końmi wojskowymi. Chociaż widok koni nie był wtedy wyjątkowy, ponieważ w tym okresie czasu, było ich dużo w mieście.  Na wozach z zaprzęgiem konnym opierał się praktycznie cały transport i zaopatrzenie miasta.

A jak już przy koniach to należy wspomnieć o Klubie Jeździeckim „Podhalanin” w Wadowicach. Klub ten wychował wielu zawodników jeździectwa. Do Klubu należałem od 1967 do 1969 a potem sporadycznie odwiedzałem do 1971 roku. Pragnę podkreślić, że trenerem a jednocześnie rzeczoznawcą koni był wtedy mjr Tadeusz Tetmajer. Urodzony w Bronowicach pod Krakowem, był synem znanego malarza Włodzimierza Tetmajera i wychowankiem słynnego Centrum Wojskowego Kawalerii w Grudziądzu. Przed II wojną światową jako rotmistrz służył w 8 Krakowskim Pułku Ułanów im. Józefa Poniatowskiego oraz w 13 Wileńskim Pułku Ułanów. W czasie kampanii wrześniowej walczył w bitwie pod Kutnem. Został odznaczony Krzyżem Walecznych, Virtutti Militari oraz Złotym Krzyżem Zasługi z Mieczami. Mjr Tetmajer przed wojną posiadał tytuł trenera jeździectwa, a po wojnie uzupełnił swoją wiedzę w Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Przez jakiś czas był trenerem przy stadninie koni LZS Zagórzyce koło Brzeska. W pracy w WKS „Podhalanin” zaangażowana była cała rodzina majora, żona Jadwiga, córka Barbara, a pomocnikiem, a zarazem prawą ręką trenera Tetmajera był jego syn, Włodzimierz, posiadający uprawnienia instruktora jeździectwa. (więcej za Janem Gajczakiem –  Historia Wojskowego Klubu Sportowego „Podhalanin” w Wadowicach, tutaj). W tym okresie do wyróżniających się zawodników należeli: Maria Banachowska, Ewa Ficek, Jan Skoczylas, Kamil Suknarowski, Zbigniew Szaszkiewicz, Mieczysław Zawadzki. W tym też czasie Włodzimierz Tetmajer, Kamil Suknarowski, Mieczysław Zawadzki byli członkami kadry Polski juniorów. Oczywiście należy tutaj podkreślić, że właśnie w tym  czasie  Jan Skoczylas został olimpijczykiem na Olimpiadę w Monachium w 1972 roku. Startował w konkursie WKKW tj. Wszechstronnym Konkursie Konia Wierzchowego na koniu Wandal i oczywiście występował jako zawodnik „Podhalanina”. Początek jego występu był bezbłędny, niestety później dwa upadki przekreśliły szanse na medal. W generalnej klasyfikacji zajął miejsce 36 na 73 zawodników startujących. Po igrzyskach wyemigrował do Finlandii. W miejscowości Lahti trenował młodych jeźdźców a następnie był trenerem reprezentacji Finlandii w konkurencji WKKW w latach 1980-1995. W tym miejscu należy podkreślić, że WKKW jest to najtrudniejsza konkurencja, którą uważa się za koronę jeździectwa. Konkurencja ta wymaga ogromnej siły, wytrzymałości, odwagi oraz dobrej orientacji. Na zawodach WKKW koń jest narażony na tak duże obciążenia, że może startować tylko dwa, trzy razy w sezonie. (czytaj więcej)

Pamiętam piękne konie sportowe jak: Jurgisa, Dwoinke czy Ramzesa. Na przełomie lat 60-tych oraz 70-tych w klubie trenowało i osiągało niezłe rezultaty kilku juniorów. Startowali na mistrzostwach Polski. Do najzdolniejszych należeli: Ryszard Kuba, Wiesław Młynek, Edward Palichleb, Hubert Szaszkiewicz, Wiesław Tomczyk, Wojciech Zając. Po olimpiadzie w Monachium w klubie zaczął się kryzys. Powodem upadku klubu był brak funduszy, nastąpiły cięcia budżetowe. Ja nie byłem stałym zawodnikiem i traktowałem jazdę konną jako przyjemność. Stajnia w Podhalaninie była podzielona na dwie części na stajnię sportową i stajnię tzw. Juki, czyli konie wykorzystywane przez wojsko do zadań bojowych i w transporcie sprzętu wojskowego po terenach górzystych. Głównie z kolegami objeżdżaliśmy te konie. Ja często dosiadałem klacz o imieniu Jodła. Była bardzo narwista. Gdy pojawiłem się tam po raz pierwszy żołnierze osiodłali ją i przygotowali dla mnie. Mjr Tetmajer nie był zadowolony z tego powodu, ale ja już na tym koniu siedziałem i zezwolił ale powiedział, abym uważał. Ku niezadowoleniu żołnierzy nie spadłem z konia. Po tej jeździe dowiedziałem się, że Jodła często zrzucała jeźdźców, no cóż widocznie mnie polubiła. Jej boks był z dwóch stron ograniczony pustymi boksami ponieważ też bardzo lubiła kopać, Nie wolno było do niej podchodzić z tyłu. Po kilku dniach opanowałem wszystkie triki delikatnego podchodzenia do Jodły i zakładania kulbaki. Jeździłem też na innych koniach. Pamiętam też takie konie jak: Nalot, Java, Łobuz, Mustang. Pamiętam też wielu moich kolegów z których wymienię chociaż kilku, jak : Piotr Lasek, Bogdan Czapla, Jurek Krawczyk, Mirek Kołodziejczyk, Waldek Kusztal, Bogdan Wajdzik i oczywiście Grażynkę Ficek. Najwspanialsze były wypady konno do wikliny nad rzeką Skawą pod kierunkiem chor. Choreckiego i galopowanie po ścieżkach. Takie wycieczki były super atrakcją szczególnie zimą.

Szkołę Podstawową ukończyłem w roku podboju przez amerykanów Księżyca. Lądowanie na Księżycu oglądaliśmy z kolegami w telewizji, grając w brydża w kawiarni w budynku Domu Kultury. Kawiarnia ta była przyjazna dla młodzieży szkolnej. Tutaj nauczyłem się grać w szachy oraz brydża. Nie omieszkam wspomnieć o super sobotnich dyskotekach, właśnie w Domu Kultury. Byłem też stałym bywalcem kina ‘Szarotka”.  

Mile wspominam wszystkie koleżanki i kolegów z którymi spędziłem kilka lat w szkole podstawowej. Prawie trzy lata temu była 50-ta rocznica ukończenia szkoły podstawowej. Niestety z różnych względów technicznych nie doszło do spotkania ogólnego, dlatego też chociaż w ten sposób przypomnę o tym i pozdrowię wszystkich – Anna Hojdys, Maria Jarosz, Hania Kiełtaczyńska, Hania Pietruszka, Krystyna Tarkota, Jadwiga Głąb, Grażyna Opalińska, Maria Witek, Grażyna Ficek, Jadwiga Kołaczyk, Krystyna Danielewicz, Mirek Surma, Waldemar Kusztal, Marek Sikora, Stanisław Nidecki, Zygmunt Pomietło, Zbyszek Kucia, Jerzy Krawczyk, Czesław Adamczyk, Józef Galos, Antoni Kowalczyk, Bogdan Szczerkowski,  Mirek Kołodziejczyk, Jan Gołąb, Ryszard Czapik, Stanisław Jamróz, Czesław Wożniak, Jerzy Szklarek i Andrzej Gielas. Nauczycielami wychowawcami byli – Janina Filipek i Czesława Feldy.

Były to lata szczęśliwe, chociaż niekiedy przeplatane różnymi życiowymi incydentami – dobrymi i złymi. Porównując jednak obecne życie młodzieży do życia sprzed lat uważam, że żyłem w czasach trudniejszych ekonomicznie, ale życie wtedy było bardziej wartościowsze bo nie uczyło nas tak jak teraz życia konsumpcyjnego i wyścigu szczurów, ale uczyło nas więcej jak żyć poprzez pryzmat własnych doświadczeń oraz cenienia sobie  przyjaźni.

W swoje wspomnienia, wplotłem historię ludzi, którzy pracowali dla młodzieży, społeczeństwa i dla naszego miasta a o których powinniśmy również pamiętać.  Tak jak zapisali się w mojej pamięci mjr Tadeusz Tetmajer, hm Tadeusz Kiełtaczyński czy  Zenon Kęcki to na pewno wielu ich jeszcze pamięta. Niech też dołączy do tych wspomnień chociaż ta moja krótka historia zawiązana z nimi i Naszą Małą Ojczyzną.

Jest cała masa jeszcze różnych ciekawych historii z lat dzieciństwa i młodości związanych z naszym miastem nad opracowaniem których  oczywiście pracuję.

Jednocześnie zachęcam wszystkich wadowiczan do pisania wspomnień opowiadających o czasach swojej młodości w naszym mieście i okolicach.

Artykuły powiązane:

  1. Od Wadowickich ciekawostek geologicznych i paleontologicznych do meteorytów- http://pressmania.pl/od-wadowickich-ciekawostek-geologicznych-i-paleontologicznych-do-meteorytow/
  2. Nowa garść wspomnień Andrzeja Kotowieckiego: Od Meteor Crater w USA przez Kanadę do Polski – Meteoryty

http://pressmania.pl/nowa-garsc-wspomnien-andrzeja-kotowieckiego-od-meteor-crater-w-usa-przez-kanade-do-polski-meteoryty/

  1. Andrzej Kotowiecki: Trochę wspomnień emigracyjnychhttp://pressmania.pl/andrzej-kotowiecki-troche-wspomnien-emigracyjnych/
  2. Andrzej Kotowiecki: Wizyta Jana Pawła II w Wadowicach w 1979 roku – http://pressmania.pl/andrzej-kotowiecki-wizyta-jana-pawla-ii-w-wadowicach-w-1979-roku/
  3. Wspomnienie o Doktorze Edwardzie Kotowieckim i jego przyczynku do historii lecznictwa w Wadowicach – http://pressmania.pl/wspomnienie-o-doktorze-edwardzie-kotowieckim-i-jego-przyczynku-do-historii-lecznictwa-w-wadowicach/
  4. Wspomnienia filatelistyczne i krótka historia Koła nr 32 Polskiego Związku Filatelistów w Wadowicach – http://pressmania.pl/wspomnienia-filatelistyczne-i-krotka-historia-kola-nr-32-polskiego-zwiazku-filatelistow-w-wadowicach/
  5. Akredytacja prasowa i wspomnienia z czasów pontyfikatu Papieża Polaka Świętego Jana Pawła II Wielkiego – http://pressmania.pl/akredytacja-prasowa-i-wspomnienia-z-czasow-pontyfikatu-papieza-polaka-swietego-jana-pawla-ii-wielkiego/
  6. Bogdanowi życiowa pasja pomaga w chorobie – http://pressmania.pl/bogdanowi-zyciowa-pasja-pomaga-w-chorobie/