Próba charakterystyki Armii Stanów Skonfederowanych (1861–1865)
“I’m just a poor wayfaring stranger
Traveling through this world below
There’s no sickness, no toil or danger
In that bright land to which I go
I’m going there to see my father
And all my loved ones, who’ve gone on
I’m just going over Jordan
I’m just going over home
I know dark clouds will gather ‘round me
I know my way is hard and steep
Yet beauteous fields rise just before me
Where God’s redeemed their vigils keep”
Wkwietniu 1861 roku, w Camp Duncan położonym niedaleko niewielkiego Clarksville w północno-zachodnim Tennessee zebrało się niemal tysiąc ochotników z całego hrabstwa Montgomery, by pod okiem świeżo mianowanego pułkownikiem Armii Skonfederowanych Stanów Ameryki Williama A. Forbesa przejść intensywne szkolenie. Tak narodził się 14 Pułk Piechoty z Tenneessee, który niebawem wyruszył miał na front w dalekiej Wirginii. Niemal równo cztery lata później — 9 kwietnia 1865 roku — nieopodal miejsca zwanego Appomatox Court House — ostatni dowódca czternastego z Tenneessee, major James H. Johnson odebrał ostatni apel poranny służących w nim żołnierzy. Wszystko odbywało się w ciszy i skupieniu, a major Johnson w prostych, żołnierskich słowach podziękował swym ludziom za służbę, z dumą wskazując na sztandar pułku zdobiony “Krzyżem Południa”, na którym złotymi literami wyszyto nazwy wszystkich zwycięskich starć pułku. Niektórzy posiadający jeszcze broń złożyli ją w kozły i po zakończeniu smutnej ceremonii wszystkich czterdziestu ocalałych żołnierzy 14 Pułku z Tennessee uformowało małą kolumnę i skierowało się ku obozom Armii Unii, by powierzyć swój los łasce zwycięzcy i móc wrócić do domów. Czterdziestu z niemal tysiąca…

1. Powstanie Armii
Skonfederowane Stany Ameryki powstały oficjalnie 8 lutego 1861 roku, choć proces formowania się państwa, które nigdy nie zostało na arenie międzynarodowej uznane, był bardzo złożony i trwał wiele miesięcy. 9 listopada 1860 roku, dzień po zakończeniu wyborów prezydenckich, które wyniosły do władzy Abrahama Lincolna, Sędzia Federalny Magrath obwieścił zamknięcie gmachu Sądu Federalnego dla Karoliny Południowej, co zapoczątkowało akt secesji stanu — pierwszego, który opuścił Unię. Za “Palmetto State” poszły kolejne stany i po powołaniu do życia Tymczasowego Kongresu w Montgomery w Alabamie, ogłosiły powstanie Stanów Skonfederowanych Ameryki. Wszystkie siedem stanów tworzących nowe państwo położone było na obszarze tak zwanego “Głębokiego Południa” — obszaru charakteryzującego się dominująca pozycją rolnictwa opartego o skrajnie odmienne systemy — małych rodzinnych farm produkujących żywność i tytoń i wielkich plantacji skoncentrowanych na uprawie bawełny przy użyciu niewolniczej siły roboczej. Pierwszym krokiem w stronę konfliktu pomiędzy Unią i Konfederacją było uznanie w Waszyngtonie Tymczasowego Kongresu za nielegalny. Rząd Unii parł do jak najszybszego rozwiązania Konfederacji, gdyż w pierwotnym kształcie nie stanowiła ona dużego zagrożenia. Sprawa stała się dużo trudniejsza, gdy już po ostrzale i kapitulacji Fort Sumter Prezydent Lincoln wezwał do obrony jedności Unii ochotników. W tej sytuacji większość ludności pozostałych stanów niewolniczych stanęła przed dramatycznym wyborem i w większości wystąpiła z Unii, przystępując do Konfederacji. Przystąpienie kolejnych czterech stanów — Wirginii, Karoliny Północnej, Tennessee i Arkansas radykalnie wzmocniło potencjał Południa, a gdy w ślady tej czwórki poszła także legislatura Missouri, Maryland i Kentucky Unia zmuszona była do użycia siły, by utrzymać władze nad kolejnymi stanami. W końcu kwietnia 1861 roku wojna była już faktem i obie strony gorączkowo przygotowywały się do militarnej konfrontacji, przy czym Południe zmuszone było tworzyć swe siły zbrojne właściwie od zera. Zanim jednakże Edmund Ruffin — jeden z duchowych ojców secesji — wystrzelił z działa pierwszy pocisk w kierunku federalnej placówki w Fort Sumter, położonej u wejścia do portu w Charleston, na wezwanie ojczystych stanów w wyznaczonych obozach zbierać się zaczęli ochotnicy z całego Południa. Rodziła się Armia Stanów Skonfederowanych.

Już 23 lutego 1861 roku Tymczasowy Kongres obradujący w Montgomery powołał do życia Tymczasową Armię Stanów Skonfederowanych opartą na zaciągu ochotniczym i oddał utworzoną w ten sposób siłę zbrojną do dyspozycji tworzonej administracji Prezydenta Stanów Skonfederowanych — Jeffersona Daviesa. W tym pierwszym okresie, nie czekając na działania legislatywy ogromna masa kilkudziesięciu tysięcy ochotników tłumnie przybywała na wyznaczone przez samorzutnie tworzące się zręby wojskowej administracji miejsca koncentracji, gromadzące ludzi z jednego hrabstwa tworzących kompanie milicji. Oddziałki takie nazywane najczęściej od imienia dowódcy, lub nazwy miejscowości jak “Butler’s Guards”, czy też “Columbia Greys” tworzyły zaczątek armii. Euforia towarzysząca aktom secesji poszczególnych stanów powodowała masowe stawiennictwo ludzi zdecydowanych zbrojnie bronić niezależności swych stanów — często z własna bronią i wyposażeniem — do służby.
Wzorując się na ustroju USA sprzed secesji, w dniu 6 marca 1861 roku Kongres Tymczasowy postanowił powołać do życia Armię Regularną, ale do końca istnienia państwa pozostała ona bardzo nieliczna formacją — w założeniu liczyć miała 744 oficerów i 15 015 podoficerów i żołnierzy — nigdy zresztą nie osiągnęła wymaganej liczebności. Mimo opisanych powyżej aktów prawnych, przez pierwsze miesiące istnienia Konfederacji główną siłą zbrojna pozostawały milicje stanowe, tworzone zgodnie z zasadami ustalonymi w ramach Aktu o Milicji z roku 1792. Utworzono także Marynarkę Wojenną i Korpus Piechoty Morskiej. Od kwietnia 1861 roku rozpoczął się proces rozbudowy Armii Tymczasowej, która stać się miała główną siłą militarną państwa w rozpoczynającej się wojnie, na bazie utworzonych już milicji stanowych. Z pewnej części tychże milicji aktywowano także Home Guard — Straż Obywatelską dla zapewnienia bezpieczeństwa, ładu i porządku na obszarach tyłowych. Z czasem formacja ta otrzymywała coraz więcej zadań i rosła liczebnie, by w ostatnich tygodniach wojny brać udział na głównych teatrach działań wraz z regularnymi siłami w dużych operacjach.

Nadzór nad wszystkimi wymienionymi rodzajami sił zbrojnych Stanów Skonfederowanych spoczął w rękach Departamentu Wojny, którego pierwszym sekretarzem został LeRoy Pope Walker. Zgodnie z treścią ustawy nr 26 Kongresu Tymczasowego uchwalonej w dniu 26 lutego 1861 roku, w sferze działalności Sekretarza Departamentu Wojny pozostawiono literalnie wszystkie sprawy związane z wojskowością, oraz oddano mu pod nadzór urząd do spraw Indian. Sekretarz Departamentu Wojny otrzymał do pomocy Adiutanta i Inspektora Generalnego, którym mianowano generała Samuela Coopera, oraz Asystenta Sekretarza, którym został Albert Taylor Bledsoe. Do nadzoru nad całością spraw związanych z tworzeniem i utrzymywaniem armii powołano do życia biura — Saletry i Kopalń, Uzbrojenia, Sygnałowe, Kwatermistrzostwa, Chirurgii, Żywności. W miarę rozwoju działań wojennych pojawiło się także biuro Wymiany Jeńców Wojennych i Poboru.
Wraz z rozpoczęciem działań gwałtownie przyspieszono organizację jednostek na szczeblu pułku i w miarę kończenia przez nie procesu szkolenia i kompletowania uzbrojenia łączono je w większe grupy. Na tym etapie proces organizacji większych zgrupowań przebiegał dość dowolnie, ale absolutnie priorytetowo potraktowano konieczność zabezpieczenia dostępu do nowej stolicy kraju (po przystąpieniu Wirginii do Konfederacji stolicę przeniesiono z Montgomery w Alabamie, do Richmond w Wirginii) i to właśnie na terenie Wirginii utworzono pierwsze większe zgrupowania wojsk zasługujące na miano armii polowych z uwagi na swą liczebność.
2. Organizacja Armii
Przekształcenie luźnych kompanii i milicji stanowych w regularną armię możliwe było dzięki dwóm czynnikom — pierwszym z nich był ogromny entuzjazm dla sprawy niepodległości Południa, drugim zaś, kadra oficerska. Już w marcu 1861 roku tymczasowa legislatywa stosownym dekretem ustaliła sposób organizacji pułku. Miał on składać się z dziesięciu kompanii oznaczonych literami od “A”, do “K “, z pominięciem litery “J”. Każda kompania miała liczyć od 64 do 100 żołnierzy szeregowych, dowódcy w randze kapitana, trzech poruczników i ośmiu podoficerów. Na czele pułku (regimentu) stał oficer z reguły w randze pułkownika mający do dyspozycji oficerów w randze podpułkownika i majora, adiutanta i starszego sierżanta (sergeant major). Choć w pułkach armii tymczasowej (Provisional Army) nie stosowano szczebla batalionowego w piechocie major i podpułkownik w sztabie pułku byli poniekąd odbiciem tej struktury. Po uszykowaniu pułku do walki dowódca pułku stawał z reguły w centrum ugrupowania, a podpułkownik i major zajmowali pozycje na skrzydłach. Kompania teoretycznie składała się z dwóch plutonów, ale bardzo rzadko stosowano taką organizację i na polu walki to kompania była najmniejszą jednostką taktyczną. Składu pułku dopełniała orkiestra pułkowa, licząca około dwudziestu muzykantów i poczet sztandarowy, który tworzyła starannie wyselekcjonowana grupka najlepszych podoficerów i szeregowych ze składu osobowego pułku. Co ciekawe, taki sam schemat organizacyjny przyjęto i dla piechoty i dla kawalerii. W przypadku kawalerii często tworzono mniejsze jednostki — bataliony — które miały bardzo zróżnicowany skład, licząc od dwóch do nawet sześciu kompanii. Odpowiednikiem takiego związku w piechocie była formacja zwana legionem. W początkowym okresie wojny artyleria organizowana była w baterie z reguły liczące cztery działa, które przydzielano poszczególnym brygadom, kolumnom, lub dywizjom. Dość szybko rozpoczął się proces wyłączania baterii artylerii ze związków piechoty i tworzenia batalionów artylerii liczących od trzech do pięciu baterii. Z czasem artyleria polowa zaczęła być dzielona na bataliony przydzielane poszczególnym dywizjom i rezerwę artylerii, pozostająca w gestii dowódców korpusów.

Organizacja większości pułków przebiegała dość podobnie. Łącznie podczas wojny powstały odpowiednio 642 pułki piechoty i 137 pułków kawalerii, plus liczne mniejsze jednostki. Pułki formowano w przeważającej większości z żołnierzy pochodzących z jednego stanu, choć od tej zasady zdarzały się wyjątki. Tak bywało w przypadku pułków, które w części bądź w całości tworzone były przy udziale prywatnych donatorów w początkowych miesiącach istnienia armii. W sytuacji braku dostatecznej ilości chętnych w macierzystych hrabstwach prowadzono wówczas werbunek za określoną stawkę (bounty) w sąsiednich, lub nawet dość odległych hrabstwach. Już w czasie trwania wojny, a zwłaszcza w końcowym jej okresie zasilano wykrwawione regimenty kim się dało i pochodzenie rekruta nie miało większego znaczenia. Były też pułki, które cieszyły się tak dużym uznaniem i reputacja, że wielu ochotników zabiegało o prawo wstąpienia do takiej jednostki — przykładem takiej jednostki był na przykład powszechnie szanowany batalion kawalerii Legionu Wade Hamptona. W tym przypadku, kandydaturę ochotnika do pułku starannie rozpatrywano i poddawano głosowaniu. Generalnie pułki zorganizowane w początkowych miesiącach wojny miały bardziej “braterski” charakter od tych tworzonych później z poborowych. Ochotnicy mieli prawo wybierać swoich oficerów, choć czasami na stanowiska dowódcze wysuwano kandydatów wyłonionych w drodze losowania. Później różnice zacierały się, choć część jednostek, jak pułki żuławów z Brygady Harry Haysa zwanej “Tygrysami z Luizjany” niemal do końca zachowywały swój unikatowy charakter. W odróżnieniu od pułków armii Unii regimenty konfederackie starano się stale uzupełniać. W początkach wojny średnia liczebność pułków utrzymywała się na poziomie od 700 do ponad 800 ludzi. Już około połowy 1863 roku spadła ona do poziomu 300–500 ludzi, by pod koniec wojny sięgać 200–300 ludzi. Należy tutaj zaznaczyć, że stan liczba żołnierzy gotowych do walki (present for duty) była z reguły wyraźnie niższa od stanu ewidencyjnego pułku. Wraz z wyczerpywaniem się możliwości rekrutacji uzupełnień dla wielu regimentów jedynym źródłem rezerw pozostali wracający ze szpitali ozdrowieńcy. W tej sytuacji już od początków 1863 roku rozpoczął się proces konsolidacji najbardziej wykrwawionych pułków. W 1864 roku na konsolidowano całe brygady — na przykład po Wilderness dwie brygady z Luizjany skonsolidowano w jedną, odtwarzając częściowo wspomnianych już “Tygrysów”, a pułki tworzące “Stonawall Brigade utworzyły po stratach poniesionych pod Spotsylvania jeden, słaby zresztą pułk. Dowództwo próbowało przeciwdziałać stałemu spadkowi liczebności pułków w dwójnasób — w październiku 1862 roku podniesiono etat kompanii piechoty do 125 ludzi, ale decyzja ta pozostała całkowicie martwą literą, oraz oczywiście stale tworząc nowe pułki. Wśród nowotworzonych jednostek występowały dość duże różnice — większość z nich w chwili utworzenia miała około połowy stanu przewidzianego etatem, choć wyróżniał się tutaj jeden stan — do samego końca wojny władze stanu Karolina Południowa organizowały wyraźnie liczniejsze od innych stanów pułki.

Jak wspominałem wcześniej, do zorganizowania sił zbrojnych potrzeba było oficerów posiadających odpowiednie kompetencje i tacy się znaleźli — po ogłoszeniu secesji akces do armii Konfederacji zgłosiło 306 absolwentów West Point i kilkudziesięciu kadetów wciąż pobierających nauki na tej uczelni. Wbrew wciąż żywemu stereotypowi, nie była to większość oficerów czynnych armii USA — Po stronie Południa opowiedziało się 26 procent absolwentów z lat 1833–1861. Doliczając wcześniejsze roczniki uzyskamy około 30 procent oficerów po West Point. Inaczej sprawy przedstawiały się, gdy przyjrzymy się poszczególnym rodzajom wojsk — do armii konfederacji zgłosiło się nieproporcjonalnie wielu oficerów-kawalerzystów. Spowodowane było to prozaicznym powodem — większość jednostek kawalerii stała garnizonami na południowo zachodnim pograniczu i kadra w większości związała się więzami rodzinnymi i towarzyskimi z miejscami stacjonowania, bądź pochodziła z Południa. W ślad za kawalerzystami podążyła znacznie mniejsza ilość oficerów piechoty, artylerii lub inżynierów wojskowych. Ważnym uzupełnieniem kadry oficerskiej byli absolwenci pozostałych szkół wojskowych, których na Południu było w przededniu wojny aż siedem. Pod względem prestiżu i kadry pedagogicznej na pierwsze miejsce wysuwał się rzecz jasna VMI — czyli Virginia Military Institute, który dał łącznie Konfederacji aż 1781 absolwentów i kadetów. Warto podkreślić, że oprócz oficerów pochodzących z armii czynnej, lub absolwentów szkół wojskowych znaczną część kadry oficerskiej tworzyli oficerowie nie posiadający większego lub wręcz żadnego przygotowania. Byli to ludzie wybrani do pełnienia funkcji oficerskich przez kolegów, lub cieszący się politycznym poparciem karierowiczów, którzy wyczuli koniunkturę. Co ciekawe część samouków, lub polityków, którzy przywdziawszy mundury pokonali wszystkie szczeble kariery wojskowej — od szeregowego, po rangę generalską okazało się zdolnymi dowódcami. Za najlepszy przykład posłużyć może postać legendarnego konfederackiego zagończyka — Nathana Bedforda Forresta. Inni jednak zdecydowanie nie spełnili pokładanych w nich nadziei i prędzej, czy później odchodzili z eksponowanych stanowisk w niesławie.

Bez względu na stan wyposażenia i wyszkolenia wiosną i latem 1861 roku zaczęto grupować poszczególne pułki w większe zgrupowania, które jednak nie miały jednolitej organizacji — nazywały się departamentami, armiami lub kolumnami. W pewnej mierze do końca wojny armia konfederacka była wielką improwizacją, ale od lata 1861 roku większość powstałych do tego momentu pułków uzyskała zdolność do prowadzenia regularnych działań wojennych poza terytorium własnego stanu, co było ogromnym osiągnięciem. Pojawiło się w krótkim czasie wiele “armii” — związków stosunkowo nielicznych, słabo wyposażonych i rozsianych na ogromnych obszarach Południa. Do zabezpieczenia stolicy na dwóch możliwych kierunkach ataku sił Północy utworzono Armię Potomacu na północ od Richmond i Armię Shenandoah w zachodniej części stanu. Na zachód od Appalachów powstały kolejne większe związki operacyjne — były to Armia Pensacoli, Armia Centralnego Kentucky i Armia Luizjany. Na tym etapie działań w większości przypadków armie stanowiły zbiór brygad składających się z pułków pochodzących z różnych stron Południa. Łączono je w brygady w miarę napływania do rejonów koncentracji po ukończeniu szkolenia i tak zaczynał się ich szlak bojowy. Początki działań bojowych były niezbyt udane — Poza chaotyczną bitwa pod Manassas do końca 1861 roku niewiele dobrego spotkało południowców. Największą stratą było przejęcie przez siły Unii kontroli nad zachodnimi hrabstwami Wirginii, co skutkowało powołaniem do życia nowego stanu — Kanawha (później Wirginia Zachodnia). Początek roku 1862 okazał się jeszcze gorszy — na Zachodnim Teatrze Działań załamał się cały system obrony na pograniczu pomiędzy Missouri, a Tennessee wskutek upadku Fort Henry, Fort Donelson i wreszcie reduty New Madrid — Island No 10. Do początków wiosny 1862 roku Konfederaci zaczęli reorganizować podległe sobie siły tworząc w miejsce dotychczasowych bardziej rozbudowane struktury. Przede wszystkim rozpoczął się proces konsolidacji mniejszych zgrupowań w duże armie polowe — w marcu W miejsce trzech działających na Zachodzie armii konfederackich utworzono jedną Armię Missisippi liczącą około 40 000 żołnierzy. Na Wschodzie jeszcze w lipcu 1861 roku połączono obie działające w Wirginii armie tworząc Departament Północnej Wirginii, choć lokalne dowództwo używało określenia Armia Potomacu. W dniu 22 marca 1862 w rozkazie dziennym pojawiła się pierwszy raz nowa nazwa — Armia Północnej Wirginii, która niebawem zasilona została oddziałami kilku kolejnych mniejszych zgrupowań (Armia Półwyspu, Armia Północnego Zachodu). Organizacja tych dużych zgrupowań armijnych zdradzała przede wszystkim kierunek zmian mających usprawnić system dowodzenia i zwiększyć ich bojową sprawność.

Przede wszystkim zreorganizowano poziom brygad piechoty. Latem 1862 roku zaczął się proces wyłączania organicznej artylerii i kawalerii, oraz starano się skupić w ramach jednej brygady pułki pochodzące z jednego stanu. Od tej reguły istniało zresztą sporo wyjątków, choć często wynikały one z przyczyn obiektywnych — w Armii Północnej Wirginii gdzieś trzeba było umieścić jeden jedyny regiment z Arkansas, a jedyną brygadą w tej armii o wybitnie mieszanym charakterze pozostała brygada Archera posiadające jednostki z trzech różnych stanów. Co równie ważne, pojawiły się dowództwa wyższe — podległe dowódcy armii, a koncentrujące w jednych rękach po kilka brygad. Początkowo obok siebie funkcjonowały dowództwa dywizji, korpusów i skrzydeł. Wkrótce jednak utarło się, że od trzech do pięciu brygad tworzyło dywizję, a dwie do czterech dywizji utworzyły korpus — dość szybko bowiem zorientowano się, że stała organizacja usprawnia proces dowodzenia. Odtąd także raczej starano się nie mieszać na głównych teatrach działań formacji kawalerii i piechoty pod jednym dowództwem. Armię południowców czekało jeszcze wiele rozmaitych reorganizacji, ale wszystkie one przebiegały według podobnych założeń wypracowanych na tym etapie działań wojennych.
3. Ludzie w mundurach — życie w Armii
Organizacja i struktura sił zbrojnych ma wielkie znaczenie, ale jeszcze większe znaczenie ma to, kto i z jakiego powodu wypełnia szeregi armii. Jaka była baza społeczna armii Południa? Jak wyglądało życie w mundurze? Jak zmieniało się postrzeganie wojny i rzeczywistości jako takiej w oczach żołnierzy Konfederacji? Spróbujmy odpowiedzieć na te pytania.
Wyniki rozpoczętego w dniu 1 czerwca 1860 roku na terenie USA spisu powszechnego pomagają nam bardzo precyzyjnie określić stosunki demograficzne panujące w stanach, które niebawem weszły w skład Stanów Skonfederowanych. Otóż obszar przyszłej Konfederacji zamieszkiwało łącznie 9 103 332 osoby. W tej liczbie mieściło się 5 582 222 obywateli (w tym 132 760 osób będących “wolnymi kolorowymi”), oraz 3 521 110 osób pozostających własnością innych ludzi, czyli niewolników. Z liczby białych mieszkańców cieszących się pełnią praw politycznych i obywatelskich płeć męską reprezentowała liczba 2 712 959 osób, z których 1 410 739 to mężczyźni w przedziale wiekowym od 15 do 59 roku życia, stanowiący zatem potencjalną rezerwę mobilizacyjną. Wolna część społeczności Południa była społeczeństwem bardzo młodym i dość homogenicznym pod względem etnicznym — aż 44 % obywateli obojga płci (z niewielką przewagą płci żeńskiej) to osoby w wieku przedprodukcyjnym, czyli od 0 do 14 roku życia, a w wieku poprodukcyjnym odnajdujemy zaledwie 4 % wolnej części społeczeństwa.

W odróżnieniu od stanów północnego wschodu i środkowego zachodu na Południe skierowała się bardzo mała część imigracji do USA obliczanej w tymże 1860 roku na ponad 4 100 000 osób. Nie był to zbyt atrakcyjny obszar dla przybywających do Ameryki imigrantów, z uwagi na bardzo specyficzne uwarunkowania ekonomiczno-społeczne. W stosunku do stanów północnych, które śmiało wkraczały w fazę dynamicznego rozwoju gospodarczego będącego efektem Rewolucji Przemysłowej, niemal całe Południe tkwiło w głębokim marazmie. Przyspieszenie ekonomiczne prowadzące do przeobrażeń społecznych odbywało się tylko na obszarze niewielkich wysp, podczas gdy w pozostałej części ogromnego terytorium Konfederacji dominowała prymitywna rolnicza monokultura. Największym miastem Południa, będącym jego stolica finansową był liczący nieco ponad 168 000 mieszkańców Nowy Orlean w Luizjanie — to kosmopolityczne i wielokulturowe miasto jako jedyne należało do grona dwudziestu największych miast USA. Pozostałe większe miejscowości takie jak Charleston, Richmond, Nashville, czy Memphis miały zaledwie od 16 do 40 tysięcy mieszkańców, a i takich ośrodków było niewiele. Ogromna większość stolic hrabstw (lub parafii w przypadku Luizjany) miała nie więcej niż 500 mieszkańców. Przytłaczająca większość mieszkańców Południa mieszkała na wsi — w niewielkich osadach, a w samowystarczalnych farmach, lub w pobliżu wielkich plantacji zatrudniających niewolniczą siłę roboczą. Poza najzamożniejszymi miastami Południa czerpiącymi spore zyski z handlu, rzemiosła i usług, życie w tym kraju było bardzo trudne — społeczeństwo Południa znajdowało się mniej więcej w połowie drogi pomiędzy warunkami Pułapki Maltuzjańskiej, a fazą przyspieszonego rozwoju ekonomicznego powodowanego nowymi stosunkami finansowymi generowanymi przez ekspansję kapitału związanego z wielkim przemysłem. Pod względem rozwoju gospodarczego Południe było wybitnie niejednorodne — olbrzymie różnice dzieliły stany “Głębokiego Południa” z “Południem Górnym”. Tworzące je Wirginia, Karolina Północna i Tennessee były wyraźnie lepiej rozwinięte gospodarczo — to na ich terytorium znajdowała się ogromna większość z około 11 000 warsztatów i zakładów produkcyjnych (w większości z resztą mających charakter niewielkich rodzinnych firm), a system plantacyjny znajdował się w powolnym zaniku. Widać to wyraźnie po dużej liczbie “wolnych kolorowych” (aż dwie trzecie całej populacji mieszkało w tych trzech stanach), wyraźnie niższej liczbie niewolników w stosunku do ludzi wolnych (średnio 30 procent populacji, w stosunku do około połowy populacji w stanach “Głębokiego Południa”). Ogromnym problemem było względne przeludnienie agrarne — wielkie połacie ekstensywnie uprawianej ziemi wyjałowiły się przez dekady i spora część ludności zamieniała się z farmerów w najemnych robotników rolnych, lub przemieszczała się do miast. Wciąż nie istniał rodzimy kapitał zdolny do zbudowania tkanki przemysłowej, która wchłonęłaby nadmiarową siłę roboczą, zapewniając przy tym godziwy dochód. Kapitał taki znajdował się na Północy — zwłaszcza w rękach finansjery wielkich miast wschodniego wybrzeża, ale nie była ona zainteresowana inwestowaniem w działalność przemysłową na Południu. Wystarczały jej ogromne dochody z pośredniczenia w handlu bawełną poprzez kredyt, spedycję, sprzedaż i pośrednictwo, których koszty pochłaniały ogromną większość zysków. Protekcjonizm szeroko stosowany przez rząd USA chronił producentów z Północy, ale nakładał dodatkowe koszty na odbiorców importu z Południa. W konsekwencji — dochód na głowę mieszkańca na Północy wynosił w 1860 roku 141 $, na Południu zaś — 103 $.
Ludność stanów południowych była silnie rozwarstwiona pod względem dochodów, obok zamożności plantatorów na każdym kroku czaiła się bieda. Bardzo słabo rozwinięte było szkolnictwo i służba zdrowia, więc społeczeństwo wciąż borykało się z wysokim poziomem umieralności dzieci, a poziom analfabetyzmu był bardzo wysoki. Niemniej jednak, kraj powoli rozwijał się, a postęp wdzierał się nawet na “Głębokie Południe” — powstawały kolejne kompanie handlowe i zakłady przemysłowe, a sieć kolejowa rozrastała się. Pewna część plantatorów zdawała sobie sprawę z rosnących kosztów i ograniczeń rozwoju ekonomicznego i chętnie wyjeżdżała na Północ, a nawet do Europy, by kształcić się. Wracając chętnie podejmowali inicjatywy inwestycyjne, ale była to kropla w morzy potrzeb. Generalnie, bardzo duża część mieszkańców Południa była dumna ze swego przywiązania do tradycji, do pracy na roli i do prostego życia w ramach niewielkich wspólnot duchowych. Owo proste życie naznaczone wyrzeczeniami, a często także cierpieniem miało wymiar wręcz mistyczny i jawiło się jako dobre i zbawienne wobec postrzeganych jako fałszywych i obłudnych Jankesów poszukujących w życiu doczesnym jedynie bogactwa i uciech. To rzecz jasna stereotypy determinowały wzajemne postrzeganie zantagonizowanych społeczności, ale Południowcy zdecydowanie czuli się dyskryminowani i pogardzani za swój słuszny w ich mniemaniu styl życia. Przede wszystkim życie w niewielkich wspólnotach naznaczone codziennym trudem i znojem, ale też wzajemną pomocą i głębokimi, silnymi więzami wykuwały społeczność twardą i skłonną do poświęceń w imię spraw uznanych ogólnie za ważne. Warto odnotować w tym miejscu, że dla ogromnej większości mieszkańców Południa kwestia niewolnictwa miała najzupełniej w świecie drugorzędne znaczenie — kluczowe było przywiązanie do swobód i praw stanowych, zagrożonych przez Republikanów z Północy.

Wezwanie do służby ochotniczej przyniosło nieprawdopodobne efekty, gdyż w ciągu pół roku zgłosiło się około 450 000 ochotników. Byli to ludzie osobiście odważni, wytrwali, ale słabo zdyscyplinowani. Ogromne znaczenie dla ich postawy miał czynnik moralny — poczucie wyższości nad przeciwnikiem było systematycznie budowane przez lokalną prasę i oracje polityków — Południowcy postrzegali siebie jako ludzi twardych, nawykłych do wyrzeczeń i ciężkiej pracy, a przede wszystkim od dziecka potrafiących robić użytek z broni. Na ich własnym tle mieszkańcy wielkich i brudnych miast Północy nie wydawali się szczególnie groźnym przeciwnikiem na polu walki. W walce, znający wzajemnie mieszkańcy lokalnych społeczności Południa potrafili dokonywać cudów odwagi, byleby tylko w oczach ziomków nie wyjść na tchórzy. Honor miał olbrzymie znaczenie i odwoływanie się do niego przez oficera na polu walki było równie silnym impulsem, jak wezwanie do obrony praw i wolności — “Uciekaj króliku… Gdybym był królikiem też bym uciekał” — powiedział cicho nieznany z imienia żołnierz z Wirginii na widok spłoszonych ostrzałem armatnim zwierzątek. Mimo przerażającej perspektywy ataku przez odkryte pole na najeżone lufami armatnimi pozycje Unii na Grzbiecie Cmentarnym trzeciego dnia bitwy pod Gettysburgiem, żołnierz ów nie miał wątpliwości, po prostu dźwignął swój karabin i ruszył wraz z kolegami do dramatycznego natarcia zapamiętanego jako “Szarża Picketta”. Charakterystyczną cechą żołnierzy Południa było głębokie przeświadczenie o słuszności konieczności podjęcia walki o prawo do wolnej egzystencji, stąd częste odwołania do Wojny o Niepodległość. Charakterystyczna cechą armii złożonej z rzeszy ochotników była jej zbiorowa niestabilność emocjonalna — żołnierze i oficerowie w równym stopniu okazywali się podatni na panikę, często jeden incydent wystarczał, by poderwać morale całych jednostek. Z drugiej strony zaś, ta wielka zbiorowość indywidualistów potrafiła ze stoickim spokojem, lub wręcz fatalizmem dokonywać aktów niezrównanej odwagi. Wiele jest przykładów nieprawdopodobnej heroizmu — typowym jest reakcja maszerujących podczas bitwy pod Wilderness w maju 1864 roku na pole walki żołnierzy Brygady Teksańskiej na widok mijających ich uciekinierów z innych jednostek Armii Północnej Wirginii. Widok chaotycznej ucieczki kolegów nie zdeprymował ludzi z Teksasu i Arkansas — “Czy naprawdę jesteście z Armii generała Lee?”, “Jesteście gorsi od ludzi Bragga!” — po czym poszli z marszu do rozpaczliwego kontrataku, który powstrzymał napór wroga. Rzecz jasna postawa Brygady Teksańskiej miała olbrzymi wpływ na opanowanie paniki wśród uciekających i ich powrót na linię bojową.

Generalnie, poszukując motywacji żołnierzy Południa do walki należy zwrócić uwagę na powoli zmieniające się pod wpływem doświadczeń wyniesionych z działań wojennych pryncypia — poczucie zagrożenia wolności, pragnienie chronienia najbliższych i lokalnej społeczności i wreszcie wykute w ciągu lat zmagań z potężnym i groźnym wrogiem, poczucie braterstwa broni. Jak się wydaje, w ostatnim okresie wojny to ten ostatni czynnik był najistotniejszym spoiwem podtrzymującym morale i chęć dalszej, coraz bardziej beznadziejnej walki. Widać wyraźnie zmiany pryncypiów kształtujących postawę konfederackich żołnierzy w raz ze zmianami w obliczu wojny — w pierwszym okresie działań w szeregach dominowali idealistycznie usposobieni ochotnicy, jednak od wiosny 1862 roku rosła ilość przybywających na front poborowych. Dla tych ostatnich, napływające coraz częściej od jesieni 1862 roku wieści o okrucieństwach żołnierzy Unii na opanowanych obszarach były ważnym determinantem postawy. Ogromne znaczenie miał fakt pochodzenia większości żołnierzy z małych i dość hermetycznych społeczności — żołnierze służący wspólnie w ramach jednej kompanii lub baterii w znacznej mierze znali się osobiście i w ich oczach sprawą najwyższej wagi było okazanie się człowiekiem odwagi i honoru — w przypadku zaprezentowania tchórzliwej postawy w obliczu wroga musieli bowiem liczyć się z konsekwencjami wykluczenia społecznego — stania się pariasem w swej rodzinnej okolicy.

Coraz bardziej totalny charakter wojny, połączony z niebywale krwawymi zmaganiami (bitwy-rzezie takie jak Pittsburgh Landing, Sharpsburg, Gettysburg, czy Chickamauga) zmieniły żołnierzy. W ich oczach konflikt, w którym brali udział stawał się coraz bardziej emanacją odwiecznej walki Dobra i Zła — tytaniczną walką z Antychrystem, którego uosobieniem były armie Unii. Straszliwe straty towarzyszące wielkim starciom miewały niszczący wpływ na morale, zwłaszcza dla coraz większego odsetka poborowych w szeregach — coraz powszechniejszym zjawiskiem od lata 1863 roku stała się dezercja. Miała ona dwojaki charakter — część żołnierzy znikała z szeregów natychmiast po skończonej walce, ale po pewnym czasie ponownie stawała pod sztandary. Przyczyną takiego stanu rzeczy była troska żołnierzy o zabezpieczenie najistotniejszych potrzeb osobistych związanych własna egzystencją — trzeba było zabezpieczyć zdobyte na poległym wrogu buty, płaszcz, racje żywnościowe, lub inne elementy wyposażenia i uzbrojenia. Czasem żołnierzy udawał się do domu wspierając łupami bliskich. Mimo surowych kar za tego typu przypadki łamania dyscypliny nigdy nie udało się wykorzenić opisanego obyczaju. Dużo groźniejszym zjawiskiem była pojawiająca się na coraz większą skalę dezercja trwała związana z niechęcią do nadstawiania karku w straszliwych bitwach, ale również z fatalnymi warunkami bytowymi przez poborowych. Wraz z coraz większymi problemami z wypełnieniem topniejących szeregów coraz rzadziej karano takich dezerterów śmiercią, starając się natomiast wyłapywać ich i odsyłać do szeregów. Problem ten stał się jednym z ulubionych elementów propagandy Unii adresowanej do żołnierzy Południa, choć trudno jest wskazać jaką faktycznie odegrał rolę w upadku zdolności bojowej armii polowych Konfederacji.
Oprócz wskazanych wyżej przyczyn utrzymywania się wysokiej motywacji do walki szalenie istotnym jest głęboko ugruntowana wiara w autorytet dowódcy. Rzecz jasna, jak w każdej armii zdarzały się jaskrawe przypadki niekompetencji (generał Floyd w Fort Donelson), lub zachowań niegodnych oficerów (generał Alfred Iverson pod Gettysburgiem), ale generalnie pod względem zaangażowania korpus oficerski na każdym szczeblu zdał egzamin i jego postawa miała olbrzymi wpływ na motywację prostych żołnierzy. Przez całą wojnę oficerowie wszystkich stopni ponosili nieproporcjonalnie wysokie straty i niczym szczególnym było bezpośrednie zaangażowanie się w walkę. Większość oficerów doskonale zdawała sobie sprawę z wagi własnej postawy i siłę oddziaływania własnego autorytetu. “Przed atakiem nasz dowódca przemówił do nas i po jego słowach byłem gotów szturmować bramy piekieł” — pisał w liście do domu jeden z żołnierzy służących w brygadzie generała Johna Bella Gordona. Do bezpośredniego udziału w bitwie dążyli w krytycznych momentach nawet dowódcy armii. Najbardziej chyba znanym przykładem jest udział generała Lee we wspomnianym już kontrataku Brygady Teksańskiej pod Wilderness. Dowodzący brygadą generał Gregg przed szturmem zwrócił się do swych ludzi słowami “Żołnierze! Pamiętajcie, że oczy generała Lee są dziś zwrócone w wasza stronę, a jego serce jest z wami! Naprzód!”. Wówczas do szeregów podjechał sam generał Lee, który wzniósł w górę swój kapelusz i wykrzyknął — “Niech żyje Teksas!”, co wywołało niesamowity entuzjazm żołnierzy, po czym ruszył w ślad za wyruszającymi do czołowymi szeregami. O sile szacunku jakim cieszył się wśród swych ludzi Lee świadczy najlepiej ich reakcja. Widząc, że dowódca armii zamierza im towarzyszyć w ataku, zatrzymali się wykrzykując chóralnie — “Lee do tyłu!”, “Zawracaj, bo cię zabiją!”. Skonfundowani postawą dowódcy armii żołnierze zatrzymali się i nie ruszyli do przodu, dopóty jeden z podoficerów nie zmusił Lee do zawrócenia ciągnąc jego wierzchowca za uzdę. Przez całą wojnę korpus oficerski ponosił olbrzymie straty — ginęli w boju dowódcy pułków, brygad, dywizji, a nawet korpusów i armii. Nie tylko zachowaniem na polu bitwy oficerowie wykuwali swój autorytet. Istotna była także ich postawa podczas codziennego życia armii — znakomita większość oficerów dzieliła ze swymi żołnierzami trudy kampanii, nie dojadając lub sypiając na gołej ziemi w najtęższe mrozy.

Gdy jesienią 1863 roku sytuacja Południa pogorszyła się drastycznie doszło do bardzo ciekawego fenomenu — mimo wszystkich krwawych strat i wielkich niepowodzeń armie polowe Południe przeszła niezwykła fala moralnej odnowy związana z powszechnym wybuchem religijnej żarliwości. “Nie ma lepszego miejsca, by służyć Bogu niż Armia” pisał w liście do domu kpt Davies z 8 Pułku z Alabamy. Zimą 1863/1864 żołnierze setkami w ramach niewielkich pułkowych uroczystości ponawiali akt zaciągu mający znaczenie stricte symboliczne, ale ten silny moralnie i bardzo zmotywowany żołnierz-weteran bardzo dobrze zniósł ciężar kampanii roku 1864, bijąc się do upadłego z niezwykła odwagą i poświęceniem. Oczywistym wydaje się przyczyna tej głębokiej religijnej odnowy. W obliczu nieprawdopodobnej hekatomby śmierci na polach bitew ludzie próbując zracjonalizować swoje poświęcenie i ofiary zwracali się ku metafizyce, gdy obraz wojny początkowo postrzegany jako radosną przygodę zmienił się apokaliptyczny kataklizm. Charakter walk toczonych jesienią i zimą 1864 roku złamał jednak moralny kręgosłup — wczesną wiosną 1865 roku — dezercja przybrała niepokojące rozmiary, a ponieważ choroby i głód silniej niż kiedykolwiek wyszczerbiły szeregi ostatnia kampania wojny była już tylko rozciągniętym w czasie procesem rozpadu istniejących jeszcze jednostek polowych. Nawet wówczas, w najmroczniejszej chwili wielu zdecydowanych było na walkę do końca. 2 kwietnia 1865 roku trwał podczas krańcowej fazy oblężenia Petersburga szturm konfederackich umocnień. Do najcięższych walk doszło o Fort Gregg. Resztki Artylerii Konnej Chewa i Brygady Karolińczyków Lane’a odparły trzy kolejne szturmy unionistów, ale koniec końców Federalni dosłownie zalali pozycję, wdzierając się do transzej i redut. W tym momencie z dwustuosobowej załogi na centralnej części pozycji za działem gotowym do strzału pozostał już tylko jeden żołnierz — szeregowy Lawrence Berry. W jednej chwili w Berry’ego wymierzono lufy kilkudziesięciu karabinów — “rzuć sznur, albo strzelamy!” zawołali zaskoczeni Federalni. “A strzelajcie i bądźcie przeklęci!” zawołał Berry, po czym pociągnął za spust. Rzecz jasna takich przykładów bezprzykładnego męstwa było mnóstwo. W rzeczywistości trudno sobie wyobrazić skalę trudności, na które codziennie napotykali żołnierze Południa podczas wojny, podobnie jak trudno sobie uzmysłowić siłę ich motywacji, jeśli pozwalała im przetrwać w tak skrajnych warunkach.

Statystyczny żołnierz armii konfederackiej miał około 23 lat w chwili zaciągnięcia się do szeregów. Wbrew stereotypowemu widzeniu Południowców tkwiącemu w zbiorowej wyobraźni dzięki kinematografii, lub grupom rekonstruktorskim była to armia bardzo młoda i niczym niezwykłym nie byli szesnastolatkowie w szeregach. Także kadra dowódcza pełna była młodzieńców — w chwili objęcia dowództwa nad 26 Regimentem z Karoliny Północnej płk Henry K. Burgwyn miał zaledwie 19 lat i nie był wyjątkiem, tak jak nie byli rzadkością dwudziestoparoletni generałowie. Na początku istnienia armii Rząd usiłował jednolicie wyposażyć wojsko w mundury koloru szarego nazywane “Cadet Grey”, co jednak nigdy się nie powiodło z powodu zbyt niskiej produkcji sukna. Zresztą na zachodzie kraju produkowano przede wszystkim umundurowanie z samodziału, które farbowano na kolor brązowy. Istotne było też to z jakiego stanu pochodził nasz statystyczny wojak. Jeśli było to Tennessee, Wirginia, Karolina Północna lub Południowa mógł otrzymać w miarę kompletne umundurowanie w sytuacji, w której stawił się do szeregów w prywatnym ubiorze nie nadającym się do kampanii. Przyjmijmy jednak, że nasz żołnierz jako ochotnik urodzony w hrabstwie Yazoo przybył latem 1861 roku do obozu w Corinth, w Missisipi. Otrzymał przydział do tworzonego właśnie 18 Regimentu z tego stanu. Jako młody człowiek samotnie żyjący wśród mokradeł i bayou nasz ochotnik przybył w starych brązowych spodniach na szelkach, marnych butach, prostej koszuli i chroniącym od upału kapeluszu o szerokim rondzie, ale za to z własną gładkolufową fuzją. Mając sporo szczęścia, dostał przy wcieleniu do kompanii skórzany pas i brązowe kepi z miękkiego i kiepskiego materiału, które szybko wymienił na porcję tytoniu do żucia. Po krótkim okresie szkolenia musztry wraz ze swoim regimentem wyruszył do dalekiej Wirginii, gdzie dotarł już bez butów, które nie wytrzymały trudów tak dalekiej podróży. Będąc daleko od macierzystego stanu, który zresztą w ciągu 1862 i 1863 roku w znacznej mierze został zajęty przez siły Północy nie mógł liczyć na poważniejszą pomoc w codziennych sprawach bytowych. Było mu bardzo ciężko zaadoptować się do zupełnie innego klimatu — zimą 1861–1862 po raz pierwszy w życiu zobaczył śnieg i podczas mrozów marzł bardzo i sporo chorował. Wojenne zimy przetrwał wyłącznie dzięki granatowemu płaszczowi, który zdjął z grzbietu zabitego przeciwnika, oraz szmatom, którymi konsekwentnie owijał stopy. Mimo całej wiedzy nie radził sobie z polowaniem w lasach nad rzekami James i Rappahanock, zresztą tak samo, jak setki jego konkurentów z Głębokiego Południa — przyszło mu bowiem egzystować w zupełnie innym, nieznanym świecie. Od jesieni 1862 roku menu naszego wojaka z Missisipi stało się wyjątkowo ubogie i monotonne — składało się nań 4 uncje bekonu, 18 uncji mąki kukurydzianej i garść grochu, fasoli lub ryżu. Czasem posiłki urozmaicała złapana wiewiórka, lub opos, ale w kolejnych latach wojny można było już tylko polować na szczury. Brakowało nawet tytoniu do żucia, co było szczególnie dolegliwe. Nawet, gdy na jesieni 1864 roku przyszło mu spędzać niemal cały czas w błotnistych okopach na spustoszonej wojną ziemi długie godziny spędzał na poszukiwaniu żywności, cerowaniu odzienia i śpiewaniu coraz bardziej nostalgicznych pieśni o tęsknocie do bliskich i domu rodzinnego, do których ktoś przygrywał na sfatygowanych skrzypcach. Jeśli przetrwał tak długo, to wyłącznie dzięki odpornemu organizmowi, umiejętnościom strzeleckim i niebywałemu szczęściu, a w szeregach do końca utrzymywała go świadomość, że jest starym wiarusem armii generała Lee i od jego kamiennego spokoju zależy postawa młodziutkich poborowych, których dosłano jako uzupełnienie coraz bardziej kurczących się szeregów.

Także analizując popularność ludowych piosenek śpiewanych przez żołnierzy, można prześledzić ewolucję percepcji świata ludzi należących do armii. Wiemy już, że Armia Konfederacji była instytucją opierająca się na ludziach prostych, słabo lub niewykształconych, prostolinijnych i ubogich. Ogromną większość Południowców cechowały niezbyt wyszukane gusty artystyczne, ale prosta sztuka ludowa była stale obecna w ich życiu. W ich przedwojennym świecie muzyka odgrywała ogromną rolę, gdyż obok alkoholu i seksu stanowiła jedyną znaną im formę rozrywki. Teraz, w szeregach armii muzyka i śpiew pomagały wyzwalać uczucia i emocje — zarówno te prawe i pożądane, bo patriotyczne, jak i te rubaszne i dotyczące dziewcząt z Południa i ich niewątpliwych zalet. W początkowym, pojmowanym romantycznie okresie wojny olbrzymi entuzjazm w społeczeństwie wyzwalały „Bonnie Blue Flag” i „Dixie”. Te i inne tego typu piosenki poza frontem utrzymywały swą popularność aż do upadku Konfederacji. Były także wykonywane na rozmaitych rewiach i pokazach, a teksty tych dwóch piosenek znali na Południu chyba wszyscy. Zresztą „Dixie” postrzegana była jako nieoficjalny hymn kraju. Skoczne i szybkie melodie z prostym, ale o silnym przesłaniu tekstem, aranżowane za pomocą prostych gitar, skrzypiec lub banjo bardzo dobrze komponowały się z naturą ludzi, którzy tworzyli Konfederację. Wraz z rozwojem działań wojennych repertuar piosenek i pieśni wykonywanych przy obozowych ogniskach rozszerzał się. Z czasem olbrzymią popularność wśród żołnierzy zyskały nostalgiczne piosenki w rodzaju bardzo starej „Bold Young Farmer” (znany także jako „I Wish My Baby Was Born”), znacznie bardziej skomplikowana emocjonalnie „Wayfering Stranger”, lub lokalne przyśpiewki w rodzaju „Maryland My Maryland” opowiadające o miejscu pochodzenia i zawierających silną nutę tęsknoty za rodzinnymi stronami. Bardzo wiele zależało od temperamentu żołnierzy — do zabawy polegającej na dzikim tańcu pod wpływem samogonu lub whiskey najlepiej nadawała się „The Coo-Coo Bird”, natomiast do wspólnej kontemplacji bardziej pasowały śpiewane wspólnie psalmy, lub lokalne pieśni religijne. Co wielce charakterystyczne — większość z podanych tytułów na Południu nie zestarzała się po dziś dzień. Pieśni i piosenki śpiewane przez ludzi w szarych i brązowych mundurach są nadal immanentną częścią świata Południa, gdyż w znacznej mierze natura mieszkających dziś w tej części USA ludzi nie bardzo się zmieniła. Może dlatego, że nadal jednym z ważniejszych elementów emocjonalnej tożsamości pozostaje ekscentrycznie silna religijność i głęboka wiara w siłę lokalnej społeczności. W tamtym, okrutnym i brutalnym świecie, śpiew i muzyka były niezwykle silnymi bodźcami wyzwalającymi różne skrajne uczucia, ale i z pewnością pozwalające na zachowanie człowieczeństwa i umocnienie pamięci zbiorowej i indywidualnej.
Trzeba pamiętać, że w kolejnych latach wyżywienie wojska nastręczało coraz większy problem i jakość i ilość żywności stale się obniżały. Zimą 1864/1865 roku większość żołnierzy Południa głodowała i do ostatniej kampanii przystąpiła skrajnie niedożywiona. Olbrzymim obciążeniem dla żołnierzy były także aktywne działania wojenne. W znacznej mierze pozbawieni butów Konfederaci pokonywali podczas forsownych marszów nawet 30 mil na dobę. Rzeki pokonywano na “konfederackich pontonach”, czyli wpław lub brodami. Żołnierze często nie posiadali namiotów, a gdy przyszło im się zatrzymać podczas kampanii w terenie w bliskości przeciwnika, natychmiast oczekiwano od nich wielkiego wysiłku polegającego na budowaniu rozmaitych fortyfikacji i przeszkód. Nie może zatem w tych okolicznościach budzić zdziwienia fakt, że na każdego zabitego w walce żołnierza Konfederacji przypadało aż czterech zmarłych z powodu chorób. Każda zima spędzana z obozach w Wirginii była dla południowców niezwykle ciężkim przeżyciem, bo w przypadku chronicznie niedożywionych ludzi nieposiadających podstawowych wygód nawet z pozoru niegroźna infekcja była śmiertelnym zagrożeniem. Zwłaszcza, jeśli przyjrzymy się z bliska systemowi opieki medycznej Armii Konfederacji.
Na początku konfliktu w zasadzie nie istniała zorganizowana służba medyczna — ranni i chorzy musieli polegać na opiece ze strony kolegów, lub osób cywilnych. Normy przewidywały zaledwie dwóch noszowych na kompanię — podczas ostrzejszej walki większość rannych o ile sama nie udała się do improwizowanych punktów opatrunkowych często godzinami leżała na polu walki, co znacznie podnosiło śmiertelność. Po przyjęciu na punkt opatrunkowy rannych wstępnie zaopatrzonych medycznie odwożono wozami na zaplecze. Impulsem do organizacji służb medycznych z prawdziwego zdarzenia stały się niebywale krwawe kampanie z wiosny i lata 1862 roku, które kompletnie sparaliżowały zaimprowizowany “system” opieki medycznej. Pod Pittsburgh Landing Armia Mississippi straciła 8012 rannych, a Bitwa Siedmiodniowa kosztowała Armię Północnej Wirginii 15 758 rannych. W efekcie podjętych pod wpływem takich doświadczeń kroków rosła ilość wykfalifikowanego personelu medycznego, oraz przeznaczonych do ewakuacji rannych wozów i ambulansów, których jednak do końca wojny było zbyt mało. Już latem 1863 roku w Armii Północnej Wirginii funkcjonowało około 400 lekarzy, ale jeśli wiemy, że trzydniowa batalia pod Gettysburgiem to 12 693 rannych, zdajemy sobie sprawę jak niemożliwym zadaniem była próba leczenia takiej ilości ludzi. Nie dziwi zatem fakt, że południowcy po prostu przekazali około 2000 rannych jeńców stronie północnej nie będąc w stanie udzielić im elementarnej pomocy medycznej. Jeszcze gorzej sprawy miały się nad Mississippi, czy na Głębokim Południu. O ile w przypadku odniesionej rany w Wirginii największym zmartwieniem była infekcja spowodowana zabrudzeniem, to na Zachodzie, w gorącym i wilgotnym klimacie właściwie infekcji nie dawało się uniknąć. Ponadto, na wschodnim obszarze działań władze zdołały rozbudować wielki system szpitali wojskowych położonych w stosunkowo niewielkiej odległości od obszarów działań. Początkowo każdy stan starał się samodzielnie zadbać o swoich rannych i chorych — jako pierwsze służbę zdrowia i szpitale wojskowe rozbudowały Georgia i Karolina Południowa. Wkrótce jednak jasnym stało się, że system taki jest całkowicie niepraktyczny. Powstały zatem w krótkim czasie w Richmond trzy szpitale dla rannych i chorych żołnierzy pozostające pod kontrolą władz państwowych. Z tej trójki — Winder, Jackson i Chamborazoo — wielkością wyróżniał się ten ostatni. Do końca wojny przeszło przez ten szpital 76 000 osób, w tym 17 000 rannych. W sumie, jednorazowo te trzy szpitale były w stanie przyjąć w szczycie około 15 000 pacjentów. Ogromną pomoc rannym i chorym okazywało społeczeństwo.

Osoby prywatne częstokroć poświęcały cały majątek, by ulżyć niedoli ofiarom chorób i krwawych bitew. Najlepszym przykładem jest legendarny na Południu szpital założony w Richmond przez Panią Sallie Tompkins, nazywany Robinson Hospital. Przy pomocy innych kobiet zrzeszonych we wspólnocie duchowej St James Episcopal Church Pani Tompkins z własnego majątku i dobroczynnych kwest przez niemal całą wojnę utrzymywała dysponujący setką łóżek szpital, przez który przewinęło się 1334 rannych, z których ostatni mury szpitala opuścił 13 czerwca 1865 roku. Mimo ogromnych problemów z dostępem do elementarnych środków medycznych takich jak bandaże, o eterze nawet nie wspominając, podczas działalności szpitala zmarło zaledwie 73 chorych i rannych, co stanowi absolutny ewenement w owych czasach — zadziwiający tym bardziej, że poznawszy się na skuteczności metod leczenia i opieki rychło służby kierowały do Robinson Hospital najcięższe i najgorzej rokujące przypadki.
By wesprzeć działalność Pani Tomkins, Prezydent Jefferson Davies rozkazem z dnia 9 listopada 1861 roku mianował ją kapitanem kawalerii. Pani Tomkins znana w Richmond i okolicach jako “Pani Kapitan” przez rannych i chorych, którym pomagała i ratowała życie nazywana była “Aniołem Konfederacji”. Mimo wielu tego typu krzepiących historii, Armia Południa nigdy nie była w stanie poradzić sobie systemowo z ogromną liczbą rannych. Nawet próby udzielania pomocy były obarczone wysokim ryzykiem — odnotowano w piewrszej fazie konfliktu bardzo dużą liczbę zgonów spowodowanych fatalnym poziomem anestezjologii. Ogromna rolę odegrał tutaj służący w armii lekarz, dr Julian John Chisolm. Ten wybitny chirurg dostrzegając problem wykonał tytaniczna pracę otwierając laboratorium, w którym podjęto produkcję eteru i chloroformu. Co miało absolutnie kluczowe znaczenie, stworzył tabele dawkowania środków anestezjologicznych w zależności od masy ciała pacjenta i wynalazł skuteczny inhalator anestezjologiczny umożłiwiający prawidłowe dozowanie środków znieczulających, czym uratował życie niezliczonej ilości rannych.

Osobną kartę stanowią chorzy — przy bardzo złym wyżywieniu, braku dostępu do czystej wody i niskiemu poziomowi higieny osobistej armie polowe co rusz dręczyły okresowe epidemie. Już ospa wietrzna, świnka, czy odra powodowały niemałe ubytki, ale prawdziwym utrapieniem były endemicznie wręcz występujące na Głębokim Południu żółta febra, dur brzuszny, czy malaria. Właściwie jedynym sposobem na skuteczną walkę z coraz to nowymi epidemiami była kwarantanna, która jednak nie mogła pomóc chorym na zapalenie płuc, biegunki czy szkorbut. Dość szybko, ogromnym kosztem rozpoczęto masowe szczepienia żołnierzy na niektóre choroby, ale śmiertelność była bardzo duża. Nie istnieją dane dotyczące globalnych liczb zachorowań na różne schorzenia w szeregach armii konfederackiej, ale pewne wyobrażenie o skali problemu daje liczba ponad pięciu milionów zachorowań na różne choroby żołnierzy Unii odnotowana w ciągu całej wojny.
4. Uzbrojenie i wyposażenie
Początkowo uzbrojenie strzeleckie Armii Południa było niezwykle zróżnicowane i w zasadzie opierało się na bardzo starych modelach broni gładkolufowej, skałkowej. Setki ochotników przybywały do szeregów z własnymi flintami, z których spora część pamiętała wojnę 1812 roku. W chwili secesji na terenie stanów południowych w magazynach i arsenałach znajdowało się około 25 % łącznych zasobów uzbrojenia Stanów Zjednoczonych, ale po zinwentaryzowaniu przejętych dóbr stojący na czele służb odpowiedzialnych za stan uzbrojenia, pochodzący z Pensylwanii major Josiah Gorgias doliczył się zaledwie około 20 000 sztuk nowoczesnej broni gwintowanej . Obok tej broni, podstawą wyposażenia znacznej części sił powstających w pierwszych miesiącach wojny było 105 000 gładkolufowych muszkietów kapiszonowych pozyskanych za sprawą Johna B. Floyda. W początkowym okresie wojny w kwestii uzbrojenia strzeleckiego Armia Południa pozostawała mocno w tyle za siłami z Północy, które dzięki posiadanym mocom produkcyjnym były w stanie w krótkim czasie nabyć olbrzymią liczbą nowoczesnych karabinów gwintowanych. Szybko jednak różnica ta była niwelowana, a już od zimy 1862 roku duża część polowych oddziałów konfederackich miała lepsze wyposażenie strzeleckie. Jak do tego doszło?
Sekretariat Wojny zdecydował się w obliczu braku dostatecznej ilości broni na import. Wysłannicy Konfederacji wyruszyli na zakupy do wielu krajów europejskich znanych z produkcji cieszącej się opinią niezawodnej broni. Na Południe popłynęły karabiny gwintowane z Austrii (Lorenz), ale także z Francji, Belgii i państw niemieckich. Żaden jednak karabin nie odegrał takiej roli, jak skonstruowany w RSAF (Royal Small Arms Factory) Enfield karabin gwintowany Model 1853. Był to doskonały wybór — w ciągu całej wojny z Wielkiej Brytanii przybyło około 280 000 sztuk tej broni. Kosztujący w 1861 roku 20 $ za sztukę karabin był drogi jak na ówczesne standardy, ale za tę wygórowaną cenę otrzymano niezwykle starannie wykonaną broń o doskonałych osiągach. Enfieldy ważyły 4,3 kilograma i miały długość 1400 milimetrów, z czego przewód lufy mierzył 990 mm. Przy zastosowaniu standardowej amunicji Minie broń dzięki dużej prędkości początkowej pocisku (380 metrów na sekundę) donosiła na 1140 metrów. Oczywiście praktyczny zasięg strzału był znacznie niższy, ale i tak na tle innych konstrukcji tych czasów stosowanych w skali masowej był to świetny wynik. Dobry strzelec był w stanie oddać z tej broni nawet cztery strzały na minutę. Dzięki jakości wykonania i parametrom technicznym nawet na średnich dystansach ( mam na myśli odległości rzędu 300–600 metrów) była to broń niesłychanie celna. W rękach żołnierzy Konfederacji, których duża część od dziecka potrafiła doskonale obchodzić się z bronią długą, Enfieldy różnych wersji (Model 1856, 1858, 1860 i 1858 Navy, które różniły się nieco detalami) stawały się bronią śmiercionośną. Ten absolutnie najlepszy karabin wojny błyskawicznie podbił serca używających go żołnierzy. Rząd Południa starał się jak najpilniej dostarczyć jak największe ilości tej broni i w wielu zakładach rozsianych na terytorium Konfederacji podjęto produkcję różnych klonów tej broni. Wprawdzie wyprodukowane na Południu rodzime odmiany Enfielda ze względu na poważne ograniczenia w metalurgii miały gorszą jakość i tym samym niższe parametry, ale nadal prezentowały stosunkowo wysokie walory. Enfieldy w pierwszym rzędzie oddawano jednostkom uważanym za najlepsze i wyposażone weń jednolicie dywizje takie jak Bowena na Zachodzie, czy Lekka Dywizja Ambrose Powell Hilla w Wirginii, a po reorganizacji armii — Dywizja Pendera.
Drugim najpopularniejszym karabinem używanym przez Armię Południa był zaprojektowany i produkowany w Springfield Arsenal karabin Model 1855. Także ta broń doczekała się kilku odmian (Model 1861, 1863 i Nay 1861). Pochodził z dwóch źródeł — po zajęciu kompletnej linii produkcyjnej w Harper’s Ferry w Wirginii na Południu podjęto jego pełnoskalową produkcję, ale oprócz tego przez całą wojnę zaopatrywano wojska polowe w tysiące egzemplarzy tej broni zebrane z pobojowisk. Springfield Model 1861 kosztował 14,93 $ za sztukę. Ważył 4,1 kilograma i miał długość 1400 mm, a lufa mierzyła 1000 mm. Miał nieco większy kaliber od Enfielda (0,58 wobec 0,55 cala). Prędkość wylotowa pocisku wynosząca 430 metrów na sekundę pozwalała przy strzelaniu standardową amunicją na uzyskanie zasięgu maksymalnego wynoszącego 910 metrów, przy zasięgu efektywnym 370 metrów. Prosta i niezawodna broń była lubiana przez piechurów obu walczących stron, ale Południowcy zdecydowanie preferowali Enfieldy z uwagi na ich zasięg i precyzję.
Choć różne modele broni pochodzącej z innych źródeł użytkowane były w skali liczonej w tysiącach sztuk (najwięcej austriackich Lorenzów — około 10 000 sztuk), wspomnieć należy tutaj o broni bardzo rzadkiej, ale cieszącej się ówcześnie zasłużenie opinią karabinu doskonałego. Był to brytyjski karabin Whitworth — broń przewyższająca osiągami wszystko inne w owym czasie. Konstruktor broni — Joseph Whitworth zaprojektował w 1854 roku karabin ładowany odprzodowo, o oktagonalnej lufie, w której wykonano heksagonalny gwint. Broń miała dużo mniejsze rozmiary — długość jej to 1000 milimetrów, a długość lufy to zaledwie 550 milimetrów. Dzięki zastosowaniu bardzo wymyślnej technologii metalurgicznej obróbki i zupełnie nowatorskim rozwiązaniom konstruktor uzyskał niewiarygodne rezultaty — zasięg maksymalny określano na 1400 metrów, a praktyczny na 900 metrów. By móc skutecznie prowadzić ogień na tak dużym dystansie broń zaopatrzono w doczepianą z lewej strony lunetę. Whitworthy miały mniejszy kaliber — 0,45 cala, ale niewiarygodna celność czyniła z nich broń iście piekielną. Karabin używany był wyłącznie przez najlepszych strzelców wyborowych, którzy potrafili uczynić zeń dobry użytek na dystansach rzędu 1100 do 1300 metrów, choć istnieją świadectwa celnego strzału z niewiarygodnego dystansu 2000 metrów! Ogromnym problemem była cena — karabin kosztował ponad 600 dolarów za sztukę i w efekcie, łącznie zakupiono ich zaledwie około 250 egzemplarzy. W Armii Północnej Wirginii jednorazowo nigdy nie było ich więcej niż 70 egzemplarzy, ale oddały one sprawie olbrzymie usługi — ich łupem padło bardzo wielu wyższych rangą oficerów.
Poza standardowym wyposażeniem strzeleckim piechoty na Południu używano wielkiej ilości różnorakiej broni długiej w kawalerii. Najczęściej spotykaną bronią kawalerzystów Konfederacji były ładowane odtylcowo, jednostrzałowe karabinki Sharpsa, lub dubeltówki (najczęściej o przyciętych dla większej poręczności lufach), choć zdarzały się też konstrukcje najnowocześniejsze — wielostrzałowe karabinki Henry’ego lub Spencera, które kupowano za prywatne fundusze, lub zdobywano na wrogu. Do końca wojny nie udało się ustandaryzować broni strzeleckiej wśród jednostek kawaleryjskich, głównie z uwagi na rosnące trudności materiałowe. Choć dość powszechnie uważano karabinki Spencera za najlepiej spisujące się na polach bitew nie próbowano nawet podejmować trudu ujednolicenia na ich podstawie wyposażenia strzeleckiego z uwagi na brak możliwości produkowania dostatecznej ilości amunicji, którą strzelec podczas walki zużywał w ogromnym tempie, a przede wszystkim, zakłady zbrojeniowe Południa nie były w stanie opanować technologii produkcji ich bardzo charakterystycznych magazynków. Problem był ogromny, gdyż po walce z jednostką kawalerii Unii wyposażoną właśnie w Spencery pewien Południowiec napisał w liście do domu, że oto wróg zaopatrzył się w karabiny, które ładuje się w niedzielę, a potem strzela z nich przez cały tydzień. Poza karabinkami i obrzynami kawalerzyści na Południu używali ogromnej ilości rewolwerów, najczęściej Coltów, choć w początkowej fazie konfliktu nadal zdarzały się i pochodzące z minionej epoki pistolety skałkowe. Colty były także ulubioną bronią osobistą oficerów innych rodzajów broni. Typowy kawalerzysta posiadał od czterech, do nawet ośmiu pistoletów, co pozwalało mu prowadzić bardzo ostry ogień na małych dystansach.

Wraz ze zmieniającymi się warunkami pola walki coraz bardziej w niebyt odchodziły szable. Na Południu początkowo było ich bardzo niewiele, więc uruchomiono produkcję seryjną szabli wzorowanej na Modelu 1858, który przed wojną był bardzo powszechnym typem broni białej. Egzemplarze wyprodukowane podczas wojny na Południu miały kiepską opinię — łatwo łamały się, lub wyginały, a ich posiadacze chętnie wymieniali swoje szable na zdobyczne, lub po prostu pozbywali się ich starając się zwiększyć ilość broni strzeleckiej. Używali szabel jako broni przybocznej także oficerowie piechoty, ale w obliczu stale rosnącego znaczenia siły ognia, broń biała miała coraz bardziej drugorzędne znaczenie i coraz bardziej ceremonialny charakter — nawet w kawalerii. O ile jeszcze w 1863 roku dochodziło często do ostrych starć na białą broń — spektakularne szarże i kontrszarże liczyły sobie czasem i po tysiąc kawalerzystów, z czasem Południowcy stawiali coraz bardziej na broń palną, tym bardziej, że od 1864 roku ich przeciwnik — kawaleria Unii coraz bardziej przewyższała liczebnością i siłą ognia jednostki kawalerii Konfederacji.
Ogromnie urozmaicony był park artyleryjski. Rzecz jasna, Konfederacja szybko podjęła wysiłki zmierzające do dostarczenia swym armiom polowym i twierdzom dostatecznej ilości dział, ale w znacznej mierze nie zdołała zapewnić względnej standaryzacji posiadanych zasobów. Wpływ na taki stan rzeczy, poza trudnościami związanymi z technologią produkcji, miały też charakterystyki używanego sprzętu. Z uwagi na wady i zalety ówczesnych wzorów uzbrojenia nie zdecydowano się na ujednolicenie sprzętu, który dzielił się zasadniczo na ładowane odprzodowo armaty gładkolufowe zwane haubicami, ładowane odprzodowo armaty gwintowane różnych wagomiarów i ładowane odtylcowo, gwintowane działa Whitwortha pochodzące rzecz jasna z importu.
Wśród armat stanowiących wyposażenie baterii artylerii najpowszechniejsze w początkowej fazie konfliktu były 6 i 12 funtowe armaty gładkolufowe nazywane powszechnie „Napoleonami”. Dość szybko zorientowano się, że armaty 6 funtowe są zdecydowanie zbyt słabym środkiem oddziaływania i posiadane egzemplarze przetopiono na 12 funtowe. Z uwagi na prostotę konstrukcji udało się dość dobrze zorganizować ich produkcję w kilku zakładach na Południu — łącznie w „Leeds & Co.” W Nowym Orleanie, „Quinby & Rogers” w Memphis, oraz arsenałach w Augusta i Carterville powstało ich 501, z tego niemal połowa (225 sztuk) w zakładach „Anderson & Co.” w Richmond. Armata ta strzelała wszystkimi dostępnymi rodzajami amunicji i była niezwykle prosta w obsłudze i niezawodna. Najlepsze wyniki uzyskiwano w walce ogniowej na średnich i krótkich dystansach przeciw dużym formacjom piechoty przeciwnika, ale wykorzystywano ten sprzęt w każdy możliwy sposób. Łatwo rozróżnić „Napoleony” wyprodukowane na Południu od tych pochodzących z Północy — miały prosty wylot lufy, wobec grzybkowanego stosowanego w arsenałach Unii.
Drugim pod względem popularności typem działa, były różniące się od siebie wagomiarem, gwintowane armaty systemu Parrota. Na Południu, w Richmond, Nowym Orleanie i Macon powstało niewiele ponad sto tych armat, ale wiele ich zdobyto na przeciwniku i chętnie użytkowano z uwagi na celność i donośność. 10 i 20 funtowe Parroty miały charakterystyczny gruby pierścień z tyłu lufy, który miał zapobiegać rozrywaniu działa podczas prowadzenia ognia. Cięższe wagomiary stosowano na dużą skalę w bateriach ciężkich do obrony stacjonarnej, ale 10 i 20 funtówki dość powszechnie używano na polach bitew z uwagi na większy zasięg i precyzję od „Napoleonów”. Najczęstszym przeznaczeniem baterii wyposażonych w Parroty było prowadzenie ognia kontrbateryjnego i w tej roli sprawdzały się wyśmienicie. Inną, choć mniej popularną armatą gwintowaną ładowaną od przodu był trzycalowy Griffen Ordnance, który charakteryzował się żelazną lufą o podwyższonej wytrzymałości, która potrafiła wystrzeliwać pociski na odległość do 4000 jardów. Z uwagi na skomplikowaną technologię produkcji luf na Południu w różnych zakładach powstało zaledwie około 50 sztuk tych znakomitych, dalekonośnych armat, ale przynajmniej drugie tyle zdobyto na przeciwniku. Kanonierzy niezwykle cenili te armaty za ich odporność na zmęczenie materiału i zasięg.

Absolutny prymat w kwestii precyzji ognia i zasięgu dzierżyły jednak importowane, brytyjskie armaty Whitwortha. Był to sprzęt bijący na głowę pod względem tych parametrów każdą konkurencję. Armata ta ładowana była odtylcowo, a zamek i lufa wykonywane były w oparciu o najbardziej zaawansowane procesy technologiczne metalurgii w owych czasach. Wszystkie posiadane egzemplarze Konfederacja nabyła w Wielkiej Brytanii i było ich bardzo niewiele z uwagi na olbrzymie koszta — jedna sztuka kosztowała ponad 700 funtów brytyjskich, co stanowiło kwotę zawrotną w owych czasach. Dość powiedzieć, że koszt zakupu pojedynczego Whithwortha równał się kosztom zakupu siedmiu „Napoleonom”, a działo to trzeba było jeszcze przewieźć przez ocean kontrolowany przecież przez US Navy.W użyciu przez całą wojnę pozostawało bardzo niewiele egzemplarzy tego niesłychanie wyspecjalizowanego działa z uwagi na specyficzną amunicję — pociski miały rzadki, heksagonalny przekrój i ich produkcja na Południu z uwagi na zastosowane materiały w ogóle nie wchodziła w grę. Mimo olbrzymich kosztów i delikatnej konstrukcji Whithworth był szczególnie pożądany przez kanonierów z uwagi na niewiarygodny zasięg i celność. Przy kącie podniesienia lufy wynoszącym 45 stopni pociski niosły na odległość 10 000 jardów. Na co dzień nie próbowano nawet w warunkach bojowych ostrzału na takie dystanse, gdyż nie posiadano dostatecznie skutecznego systemu kierowania ogniem — w urozmaiconym terenie nie sposób było nawet rejestrować miejsce upadku pocisków. Natomiast niezwykła precyzja i fenomenalny zasięg czyniły z Whithworthów zabójców artylerii przeciwnika — na dużych dystansach do końca wojny pozostawały one nie do pokonania przez artylerię Unii samemu mogąc skutecznie zwalczać działa, jaszcze i tabory.

Jeśli mówimy o uzbrojeniu nie wolno nam zapominać o mniej „bojowych” od armat, pistoletów, czy karabinów elementów wyposażenia. Mundury i inne elementy wyposażenia produkowane na terenie Konfederacji generalnie nie cieszyły się dobrą opinią. Były kiepskiej, lub beznadziejnej jakości, a nawet jeśli były dostępne — było ich zdecydowanie zbyt mało. Ogromna większość skórzanych elementów oporządzenia użytkowanych przez żołnierzy Konfederacji, jak również namiotów, koców, kociołków, plecaków i szpadli dostarczyły zakłady przemysłowe Unii. Było one nie tyle zdobywane w walce, co głównie odnajdywane przez konfederackich żołnierzy w rejonach aktywnych działań. Żołnierze Unii byli znakomicie wyposażeni, ale w efekcie zdecydowanie przeciążeni i gdy tylko było to możliwe, podczas przemarszów i walk pozbywali się części wyposażenia, porzucając je. Wiedzieli, że po każdej większej kampanii lub bitwie rząd natychmiast zadba o zaopatrzenie ich w nowe elementy wyposażenia i oporządzenia. W efekcie wygrawerowane napisy „U.S. Army” można było znaleźć na zdecydowanej większości przedmiotów pozostających w rękach statystycznego konfederackiego żołnierza.

Kolejnym niezwykle istotnym elementem tworzącym obraz armii były konie. Przed wybuchem wojny było ich na Południu około 2,5 miliona. Najlepsze wierzchowce hodowano w stanach zachodnich, przede wszystkim w Teksasie. W dolinie Mississippi były konie dla typowych mieszkańców wsi i miasteczek wielkim luksusem, dość powszechnie występowały także na wschodzie, tam w większości nie były koniami wierzchowymi, lecz pociągowymi. O ile pozyskiwanie wierzchowców dla kawalerii w znacznej mierze zrzucono na barki kawalerzystów, którzy musieli sami starać się o konie, rząd wkładał ogromny wysiłek w utrzymanie i pozyskiwanie nowych koni niezbędnych przecież do taborów i artylerii. W miarę upływu działań wojennych problem koni i ich niedostatku w coraz większym stopniu dawał się rządowi Południa we znaki. Już w 1862 roku zaczęły pojawiać się grożące sankcjami okólniki zabraniające dowodzenia piechotą z siodła, gdyż „rządowi nastręczało coraz więcej trudności zastępowanie martwych koni nowymi” — jak głosił jeden z nich. O tym, jak ciężko było wystarać się o nowego konia wierzchowego najlepiej świadczy fakt, że kawalerzyście wypłacano ekwiwalent wartości utraconego konie wyłącznie, jeśli ów padł w boju. Kawalerzysta znalazłszy się w tak niefortunnym położeniu miał sześćdziesiąt dni na znalezienie i zakup nowego konia, gdyż w przeciwnym wypadku groziło mu przeniesienie do piechoty, co zresztą od 1863 roku zdarzało się coraz częściej. Bez względu na skokowy wzrost umiejętności indywidulanych i coraz lepsze wyposażenie jazdy Unii to właśnie brak koni stał się główną przyczyną słabości kawalerii Konfederacji. Wraz z coraz słabiej funkcjonującym zapleczem malała ilość dostępnych koni wierzchowych i pociągowych, a te które były padały masowo z powodu głodu i chorób. Gros terytorium Południa odcięte od Teksasu od lata 1863 roku nie było w stanie poradzić sobie z rosnącymi brakami wierzchowców, które w końcowym okresie wojny rekwirowano bez ograniczeń, ani nawet oglądania się na ich faktyczną przydatność, co z kolei miało katastrofalny wpływ na wydajność dość prymitywnego przecież rolnictwa.
Sprawą wymagającą dalszych badań jest aktywny udział w walkach kobiet. Obecnie ustaliło się podawanie liczby około 400 kobiet, które po obu stronach stanęły do walki z bronią w ręku. W rzeczywistości zjawisko to umyka uwadze badaczy, więc tym samym szersza opinia publiczna pozbawiana jest świadomości zaistnienia takiego faktu. Jak sądzę, zjawisko to miało znacznie szerszy zasięg niż się dotąd wydawało — granic nie da się jednoznacznie ustalić, gdyż ogromna większość kobiet zdecydowanych na podjęcie walki z bronią w ręku czyniła to pod męskimi nazwiskami — zmyślonymi, ale najczęściej swych mężów lub kochanków, którzy zmarli lub zginęli. Obecność kobiet walczących na pierwszej linii dyktowana była zatem uwarunkowaniami osobistymi, ale także pobudkami stricte patriotycznymi. Ciało młodziutkiej, około 20 letniej dziewczyny znaleziono na Grzbiecie Cmentarnym po zakończeniu „Szarży Picketta”, obok ciał innych konfederackich żołnierzy, którzy kontynuowali beznadziejny atak, choć połowa ich kolegów zawróciła z drogi. Mamy zatem do czynienia z bezprzykładnym aktem odwagi i poświęcenia. I nie jest to przypadek odosobniony. Standardowym i wyuczonym sposobem postrzegania kobiety w warunkach Wojny Domowej jest silnie antyfeministyczny stereotyp, ograniczający możliwość autorealizacji w ramach patriotycznej postawy Kobiet Południa zaledwie do skali działań zaczynającej się od szycia mundurów, biegnącej poprzez opatrywania ran, w porywach osiągającej charakterystyczny dla powieści o charakterystyce „płaszcza i szpady” motyw „damy-szpiega”. Rzecz jasna wszystkie te, dość charakterystyczne dla percepcji ówczesnego świata pozy, a raczej archetypy postaw zakładające z góry kobiecą radość z noszenia podkreślającego smukłość talii ciasnego gorsetu i byciu miłą, tęskniącą i kochającą. Te idealne do warunków zmuskulinizowanego świata postawy może i pokazują wyidealizowany obraz poświęcenia i aktywności, ale też odbierają prawo do chłodnego osądu skali poświęcenia kobiet wtłoczonych w warunki wojny totalnej. Warto abyśmy pamiętali, że poza pięknymi kartami zapisanymi przez niezliczoną rzeszę kobiet zatrudnionych w przemyśle obronnym, opiece medycznej istnieje także wciąż czekający na dokładne zbadanie rozdział świadczący o złamaniu męskiego monopolu na męstwo.
Nie jestem w stanie nakreślić dokładnie demograficznych konsekwencji wojny dla żeńskiej części społeczeństwa, ale mogę dość dokładnie wskazać takowe dla części męskiej. Jak wynika z zachowanych dokumentów, podczas wojny mundur żołnierski przywdziało przynajmniej 1 082 119 osób. Przez dłuższy czas liczebność wszystkich rodzajów sił zbrojnych Konfederacji oscylowała mniej więcej na poziomie około 450 000 ludzi swój szczyt osiągając wiosną 1863 roku — 464 646 osób. Od jesieni 1864 roku łączna liczebność sił zbrojnych skutkiem ogromnych strat i rosnących problemów ze znalezieniem uzupełnień zaczyna powoli spadać, choć aż do późnej jesieni 1864 roku nie przekładało się to na liczebność wojsk polowych, uzupełnianych wówczas kosztem jednostek drugoliniowych. W chwili upadku państwa siły zbrojne Konfederacji liczyły wciąż przynajmniej 300 000 osób, jednakże udział wojsk polowych był już w tej liczbie bardzo mały. Bardzo długo przyjmowało się określać liczbę zabitych i zmarłych żołnierzy Południa w przybliżeniu na około 258 400 osób (w zależności od metody badawczej przyjętej przez danego historyka liczba ta różniła się nieco w różnych opracowaniach), dziś jednak wiemy, że straty bezpowrotne obu stron były dużo wyższe, niż zakładano. Bezpośrednio na skutek działań wojennych — poległo lub zmarło z ran od 94 000 do nawet 120 000 ludzi. Z powodu chorób zmarło przynajmniej 194 000 osób, ale do tej liczby należy dodać przynajmniej 30 000 Konfederatów zmarłych z różnych przyczyn w obozach jenieckich na Północy. Nieznana pozostaje liczba żołnierzy, którzy zginęli w wypadkach, popełnili samobójstwo, zostali straceni za przestępstwa kryminalne lub dyscyplinarne, zginęła podczas próby dokonania dezercji lub w jej trakcie — wynosić może od 3000 do nawet 5 000 ludzi. Należy zatem przyjąć, że bezpowrotne straty ludzkie to przynajmniej 320 000 ludzi. Aby uzmysłowić sobie jak wielka to liczba wystarczy zdać sobie sprawę, że to niemal co trzeci kombatant Armii Południa stracił podczas wojny życie, że w przedziale wiekowym 20 do 24 lata zginęło 22,4 % całości męskiej populacji Południa, a statystycznie co trzecia rodzina straciła przynajmniej jednego zabitego lub zmarłego. Niewiele społeczeństw poniosło tak olbrzymie straty demograficzne w tak krótkim czasie.
5. Taktyka
Za jedną z przyczyn tak straszliwych ofiar uważa się dość powszechnie mówiąc dość oględnie niezbyt mądrą taktykę. Faktycznie, nawet dziś masowe imprezy z udziałem tysięcy rekonstruktorów, lub produkcje kinematograficzne każą zadawać pytanie, czy stosowane podczas działań metody walki były skuteczne, a przede wszystkim właściwie dopasowane do takich okolicznościach, jakie powstały w latach 1861–1865. Pomimo technologicznych przemian i ogromnego progresu parametrów podstawowego wyposażenia rodzajów broni przyjęta przez obie strony taktyka zdawała się nie różnić w zasadniczy sposób od zasad prowadzenia walki w czasach Wojen Napoleońskich. Trudno się temu dziwić, jeśli zauważymy, że doświadczenia płynące właśnie z Wojen Napoleońskich były podstawą do jakichkolwiek rozważań teoretycznych i praktycznych reguł postępowania na polu walki. W rzeczywistości nie mogło być inaczej, jeśli pomimo skokowego zwiększenia zasięgu skutecznego ognia piechoty, lub artylerii piechur nadal musiał stać wyprostowany, lub w najlepszym razie leżeć na wznak, by ponownie po oddaniu strzału móc naładować swój karabin. Trzeba było zatem nadal starać się utrzymywać jak najbardziej zwarty szyk w piechocie, by uzyskać jak największą siłę ognia. Podobnie sprawy miały się w przypadku artylerii — trudno było o taktyczną rewolucję, jeśli praktyczny zasięg strzału przekraczał horyzont obserwacji strzelających. Mimo wszystko sposoby prowadzenia działań bojowych przez cały okres wojny ulegały stopniowej ewolucji i w końcowym okresie wojny wyłącznie bardzo słabo wyszkolone i niedoświadczone jednostki mogły próbować stosować w praktyce zasady walki dominujące w początkowym jej okresie.
W zasadzie przez cały czas trwania działań wojennych jednostki piechoty utrzymywały szyk linearny. Będący podstawową jednostką taktyczną pułk piechoty rozwijał się do walki w następujący sposób — na przedpolu frontu pułku działały dwie kompanie, które rozsypywały się w tyralierę (skirmish) osłaniającą główną siłę regimentu, którą stanowiło sześć kompanii rozwiniętych w dwa szeregi z pocztem sztandarowym po środku. Pozostałe dwie kompanie służyły albo do osłony skrzydeł pułku, albo rzadziej — pozostawały w rezerwie dowódcy pułku. Jeśli pułki piechoty tworzyły linię bojową w ramach brygady z reguły pozostawiano pomiędzy regimentami odstępy liczone na około 20 jardów, przy regulaminowej długości frontu pułku wynoszącej 132 jardy. W linii bojowej (battle line) żołnierzy ustawiano możliwie ciasno — ramię przy ramieniu, a wszelkie ubytki w linii starano się natychmiast uzupełniać odwodem, lub ścieśniając szyk poprzez szlusowanie. W ten sposób uzyskiwano maksymalną siłę ognia prowadzonego salwami — kompanijnymi, lub pułkowymi. Ponieważ proces ładowania karabinu wymagał od niewyszkolonych rekrutów zachowania postawy stojącej i składał się z kilku czynności wykonywanych na tempa, czyli na rozkaz oficera. W początkowym okresie wojny utrzymywanie możliwie zwartego szyku było niezbędne, gdyż w ten sposób oficerowie mieli znacznie lepszą kontrolę nad swymi podwładnymi — w zasadzie przebywali oni w zasięgu głosu i wzroku co miało kolosalne znaczenie dla płynności procesu dowodzenia. Istotne było tez to, że do starć dochodziło najczęściej w bardzo urozmaiconym terenie, pełnym przeszkód w ogromny sposób ograniczających pole widzenia, takich jak lasy, pagórki, skały. Dlatego też w zasadzie ostrzał z broni ręcznej piechoty mimo dużo większych możliwości technicznych rozpoczynano z odległości stosunkowo niewielkich — 100 do 250 metrów. Co ważne — największe ubytki powodowała z reguły pierwsza salwa. Po niej pole walki zasnuwały obfite dymy i żołnierze potencjalne cele widzieli bardzo słabo. Znaczna część oficerów dostrzegając jak jałowy efekt daje ogromny rozchód amunicji podczas przeciągającej się walki ogniowej starali się przeć do jak najszybszego rozstrzygnięcia poprzez atak na bagnety. Do walki wręcz używano opisanego szyku liniowego, ale także szyku kolumnowego, który polegał na uszykowaniu pułku w głąb — kompania za kompanią. Szyk kolumnowy był rzecz jasna bardzo wrażliwy na ogień karabinowy, a zwłaszcza artyleryjski, ale pozwalał skomasować na wąskim odcinku przełamania naprawdę dużą liczbę piechoty, zwłaszcza, jeśli w kolumny formowano całe brygady, pułk za pułkiem. Było to działanie, które przez długi czas okazywało się dość skuteczne z przyczyn behawioralnych. Stojący w linii żołnierz poddawany był podczas walki ogromnej presji — musiał stać w bezruchu pod ogniem artylerii przeciwnika, wykonywać błyskawicznie i w odpowiedniej kolejności szereg czynności związanych z ładowaniem broni, a przede wszystkim wytrzymać psychicznie widok zmierzających w kierunku szybkim krokiem (double quick) gęstych kolumn przeciwnika z nasadzonymi na karabiny bagnetami, co powodowało zawsze silny lęk związany z poczuciem niemożności stawienia oporu nieprzebranej masie przeciwnika. Nie powinno zatem dziwić, że bardzo rzadko dochodziło do walk wręcz, a wśród ogólnych strat odsetek żołnierzy poszkodowanych przez użycie kolby lub bagnetu była bardzo, bardzo mała i wynosiła statystycznie zaledwie 2 % całości strat.
Po prostu jeśli po pierwszej salwie nacierający przeciwnik nie został zatrzymany i mimo ubytków w szeregach parł dalej obrońcy nie starali się bronić pozycji do upadłego i po prostu cofali się. Jeśli na pierwszy rzut oka taki sposób działania może wydać się kosztowny należy zdać sobie sprawę, że wyparcie z pozycji choćby jednego regimentu tworzyło dla linii obronnej krytyczne zagrożenie związane z tym, że teraz atakujący byli w stanie po wdarciu się w głąb pozycji wroga otworzyć ogień flankowy do sąsiadów pułku, który złamał linię. Ogień flankowy bywał niesłychanie niszczący i z reguły szybko prowadził do destrukcji pułków, a nawet brygad. Jeśli jednak próbowano tego typu frontalnych ataków na umocnionego i dobrze wspartego artylerią przeciwnika dochodziło z reguły do masakry kolumny szturmowej — tak stało się pod Malvern Hill, Fredericsburgiem, Gettysburgiem, Cold Harbor, czy Franklin. Jeśli jednak udało się wybić w linii obronnej choć malutką lukę, walka kończyła się dla broniącego się bardzo kosztownym odwrotem — jak pod Chancellorsville, czy Wilderness. Zbierane stopniowo podczas walk doświadczenia owocowały jednak powolną ewolucją w kierunku stopniowego rozrzedzania szeregów w celu unikania nadmiernych strat. Regimenty piechoty coraz częściej rozwijały się tyraliersko do ataku. Prowadzony w ten sposób atak zajmował sporo czasu, ale dawał znacznie większe szanse na powodzenie — żołnierze parli wówczas do przodu w szyku szachownicowym — podczas gdy część kompanii pułku wykonywała skokami ruch do przodu, pozostałe starały się osłaniać swych kolegów ogniem. Bardzo często kluczowym elementem ataku prowadzonego w taki sposób było osiągnięcie dominującej pozycji pozwalającej na szybki osiągnięcie przewagi w walce ogniowej, by w ten sposób wymusić na wrogu wycofanie. Niezależnie od przyjętej metody działania, w przypadku impasu dowódcy konfederaccy często decydowali się na przeprowadzenie szarży (charge), która była niczym innym jak tylko puszczenie się biegiem całością sił do gwałtownego szturmu na bronioną pozycję. Szarża była niezwykle ryzykowna, gdyż jej charakter prowadził do całkowitego przemieszania jednostki — w tej sytuacji dowódca musiał właściwie ocenić moment moralnego kryzysu przeciwnika i odległość do pokonania biegiem. Podczas takiego ataku Południowcy wydobywali z siebie tak zwany „Rebell Yell”, czyli niesamowity wrzask połączony z wyciem, co miewało szczególnie destruktywny wpływ na morale przeciwnika. Jeśli jednak moment szarży oceniono niewłaściwie atakujący ponosili w krótkim czasie przerażające straty, które łamały z reguły ich własne morale. W miarę upływu czasu ataki szarżą stawały się jednak coraz mniej skuteczne ustępując coraz częściej kombinowanym działaniom grup strzeleckich posuwających się metodycznie naprzód przy silnym wsparciu kolegów.

Pod wpływem takich doświadczeń Armia Południa zaczęła tworzyć coraz bardziej wyspecjalizowane jednostki strzeleckie, które coraz intensywniej przygotowywano do walki w rozproszeniu. W styczniu 1863 roku w swej dywizji generał Robert Emmet Rhodes podjął się organizacji batalionu strzeleckiego składającego się z najlepszych strzelców w dywizji. Pod wpływem wyników tej jednostki począwszy od wczesnej wiosny 1864 roku w Armii Północnej Wirginii takie bataliony strzeleckie pojawiły się w każdej brygadzie. By usprawnić działania strzelców ich wielki zwolennik — generał Cadmus Wilcox w swej dywizji osobiście intensywnie szkolił umiejętności strzeleckie w krótkim czasie doprowadzając do sytuacji, w której większość strzelców potrafiła pierwszym strzałem trafić do celu odległego o 900 jardów. To właśnie w takich jednostkach najlepsi z najlepszych otrzymywali na wyposażenie doskonałe karabiny Whithwortha. Dbano nie tylko o wyszkolenie taktyczne — żołnierze formacji strzeleckich tworzyli małe, najczęściej czteroosobowe, ale bardzo silnie związane ze sobą grupki — zawsze na polu walki i poza nim działali w czwórkach ucząc się wzajemnej odpowiedzialności i razem troszcząc się o swój byt. Tak pojmowane braterstwo broni tworzyło ze strzelców (sharpshooters) niezwykle groźnego i zdeterminowanego przeciwnika. W ostatnim okresie wojny to właśnie strzelcy postępowali na czele każdego ataku osłaniając główne siły brygady i wykonując najtrudniejsze zadania.
W obronie Południowcy prezentowali równie wysokie, jeśli nie jeszcze wyższe walory. Starając się utrzymać powierzoną pozycję żołnierze otwierali niezwykle silny ogień karabinowy. Początkowo stosowano przede wszystkim ogień salwowy, ale wraz z upływem czasu i wzrostem umiejętności i doświadczenia dowódcy decydowali się na ostrzał „fire at will”, czyli indywidualny. Najlepsze pułki stawiały prawdziwą ścianę ognia zwłaszcza, jeśli w celu uniknięcia nadmiernego rozgrzewania luf karabinowych regimenty grupowano w trzy szeregi, z których dwa tylne tylko ładowały karabiny, a ogień prowadził tylko szereg pierwszy. Tak bronione pozycje, najczęściej także umocnione były niezwykle trudnym orzechem do zgryzienia dla sił Unii. W miarę upływu czasu dowódcy konfederaccy coraz bardziej doceniali zalety umocnień polowych i dzięki tytanicznej pracy piechurów w ciągu 24 godzin powstawały niezwykle rozbudowane pozycje, których szturmowanie wymagało długich i żmudnych przygotowań.
Znacznie słabiej koncepcyjnie podczas walk rozwinęła się taktyka działań artylerii. Początkowo artyleria ograniczała swą obecność na polu walki do wspierania piechoty przy pomocy pojedynczo działających baterii. Dopiero stopniowy wzrost ilość pozostających do dyspozycji luf armatnich spowodował zmianę taktyki. Skład baterii artylerii ustalono w oparciu o dwa schematy — cztero i sześciodziałowy. Zazwyczaj baterie artylerii liczyły od 100 do 150 ludzi, które od wiosny 1862 roku coraz częściej łączono w większe związki zdolne do utworzenia na polu bitwy tak zwanej „Wielkiej Baterii”, czyli takiej komasacji dział na wybranym odcinku frontu, by same działa zdołały swym ogniem rozbić obronę przeciwnika, tak jak stało się to podczas walki o „Hornest Nest” pod Pittsburgh Landing. Od stycznia 1863 roku staraniem dwóch najzdolniejszych kanonierów Konfederacji — płka Edwarda Portera Alexandra i generała Williama Pendletona artyleria została skomasowana w batalionach liczących z reguły po cztery baterie, które pozostawały w dyspozycji dowódcy dywizji, ale także w Rezerwie Artylerii, czyli dwóm batalionom pozostającym w dyspozycji dowódców korpusów. Tak przyjęty model dowodzenia zdał egzamin celująco podczas bitwy pod Chancellorsville. Później kanonierzy Konfederacji walczyli ze zmiennym szczęściem zmagając się z przewagą liczebną i materiałową przeciwnika, ale obiektywnie rzecz nazywając, byli niezmiernie trudnym przeciwnikiem.

Artyleria polowa podczas walki używała czterech rodzajów amunicji w zależności od aktualniej sytuacji bojowej. Do walki na duże dystanse używano kul z litego żelaza. Umiejętnie wystrzelona lita kula potrafiła odbijając się dwukrotnie obalić wielu przeciwników, lub rozbić w drzazgi zbudowane z drewna umocnienia. Także do strzelania na większe dystanse stosowano granaty, czyli pociski eksplodujące. Starano się wystrzeliwać je w taki sposób, by powstałymi w skutek defragmentacji eksplozją w powietrzu płaszcza odłamkami razić cel od góry. Na dystansach średnich i krótkich używano szrapnela lub kartaczy. Te rodzaje pocisku należy określić jako puszkę wypełnioną kulkami pełniącymi po detonacji rolę subamunicji. Różnica polegała na tym, że szrapnel rozpadał się uwalniając kulki eksplozywnie na zadanej przed oddaniem strzału odległości, natomiast kartacz pękał niemal natychmiast po opuszczeniu wylotu lufy. Walka piechoty z bateriami artylerii była dla tych pierwszych niesłychanie kosztowna i bardzo trudna. Nawet w sytuacji bezpośredniego wtargnięcia atakujących na pozycję baterii kanonierzy zwykli walczyć o swe armaty za pomocą wyciorów i tasaków do upadłego. O ile czas otwarcia ognia od chwili przybycia na pozycję w szyku konnym z reguły zajmował około minuty czasem kanonierzy musieli przetaczać swe działa wyłącznie przy użyciu własnych mięśni — używano do tego lin zwanych prolongami, ale było szczególnie wyczerpujące i miało wybitnie negatywny wpływ na szybkostrzelność i precyzje ognia.
Najwięcej zmian w taktyce nastąpiło w kawalerii. W zasadzie jazda konfederacka od początku działań wojennych zaczęła dzielić się na oddziały o trzech konkretnych specjalizacjach. Pierwszym z nich była zorganizowana tak jak piechota, czyli w pułki tradycyjna jazda. Posiadająca broń białą, wraz z dużą ilością broni palnej (karabinki, dubeltówki i rewolwery) formacja ta była zdolna do realizacji wszelkich możliwych typowych dla kawalerii zadań — od samodzielnych działań rajdowych na zapleczu, poprzez służbę flankierską, aż po dokonywanie ostrych szarż na biała broń na polu bitwy. Do najważniejszych działań kawalerii konfederackiej należały zatem — osłona własnej piechoty podczas wielkich kampanii, dalekie operacje w głębi opanowanego przez wroga terytorium, zdobywanie furażu i zaopatrzenia i informacji. Kolejnym rodzajem jazdy była kawaleria nieregularna — zorganizowana w łatwiejsze do dowodzenia małe jednostki taktyczne takie jak 43 Batalion Mosby’ego z Wirginii w określonych warunkach podjąć otwartą walkę z przeciwnikiem, ale de facto wyspecjalizowaną w małych i szybkich operacjach dywersyjnych na zapleczu przeciwnika. Łącznie podczas wojny powstało kilkadziesiąt takich jednostek, z których znaczna część zapisała piękną kartę niezwykle skutecznych działań bojowych wiążących skutecznie olbrzymie siły Unii. Trzecim rodzajem kawalerii były oddziały „Mounted Rifles”, czyli konnych strzelców, mających charakter europejskiej dragonii. Była to właściwie piechota posiadająca wierzchowce do przemieszczania się. Jednostki te były bardzo efektywne w warunkach olbrzymich przestrzeni Departamentu Trans-Mississippi, ale próby połączenia ruchliwości kawalerii i siły ognia piechoty zawiodły na głównych teatrach działań i kierownictwo wojenne nie bardzo kwapiło się do rozbudowy tego typu jednostek w ciągu wojny.
Bez względu na to o jakiego rodzaju oddziale kawalerii chcielibyśmy mówić decydujący wpływ na sposób prowadzonych przezeń działań miała najczęściej osobowość dowódcy. Jedni jak Earl van Dorn kompletnie nie radzili sobie z regularnymi działaniami, by błyszczeć w roli dowódców zagończyków (legendarny rajd na Holly Springs), inni natomiast potrafiący w znakomity sposób prowadzić swą jazdę w operacjach połączonych z działaniami wielkich mas piechoty jak Wade Hampton (operacje kawalerii Armii Północnej Wirginii w ostatnim okresie wojny), czy Tom Rosser (jego „Laurel” Brigade pod Wilderness). Dość sztampowo i jednoznacznie traktuje się działania kawalerii Południa jako doskonałej w dalekich rajdach, co jest bardzo krzywdzące dla kawalerzystów operujących na rzecz zgrupowań armijnych. W rzeczywistości rajdy w stylu działań Forresta, czy Morgana często przynosiły więcej szkody niż pożytku z uwagi na ubytek ogromnej ilości najlepszych koni i ciężkie straty w ludziach. Tym bardziej, że w miarę upływu czasu kawaleria stawała się coraz bezradna wobec umocnionych związków federalnej piechoty posiadających nad atakującymi olbrzymią przewagę w sile ognia. Koniec końców, kawaleria Konfederacji zeszłą z pól bitew pokonana, lecz w znacznie większym stopniu poprzez głód i brak koni, niż poprzez ciosy zadane jej przez jazdę Unii.

Generalnie trzeba pamiętać, że poszukiwano przez całą wojnę jak najkorzystniejszych rozwiązań sytuacji bojowych coraz lepiej wykorzystując siłę ognia i stopniowo dostosowując do niej manewr i organizację. Mimo wszystko działania bojowe pozostawały niesłychanie kosztowne i przynosiły zawsze ciężkie straty, ale w dużej mierze było to wynikiem ograniczeń związanych z procesem dowodzenia na szczeblu operacyjnym w połączeniu ze specyfiką terenu i bardzo słabą w gruncie rzeczy kontrolą dowódców wyższych nad przebiegiem walk. Oto właściwe przyczyny ogromnych strat i porażek — bezwładny w gruncie rzeczy sposób prowadzenia kampanii przez wyższych dowódców posiadających jedynie iluzoryczną kontrole nad podległymi sobie siłami rozciągniętymi niejednokrotnie przecież na dystansie wielu kilometrów. W gruncie rzeczy aparat sztabowy był tak niedoskonały, że ten kto tracił z oczu właściwy obraz sytuacji tracił kontrolę ostatecznie i nieodwołalnie.
6. Strategia i koleje wojny
Jeśli mimo wielu braków można wypowiedzieć pod adresem konfederackich armii tak wiele ciepłych słów, pozostaje jeszcze tylko zapytać, czy aby na pewno Południe było skazane na klęskę. Wbrew najczęściej powtarzanemu stereotypowi, mimo wszystkich swoich słabości niekoniecznie. Co najważniejsze, przyjęta przez konfederackie kierownictwo wojenne strategia walki była dość dobrze dostosowana do posiadanych sił i środków. Mimo to zawiodła i to zawiodła ostatecznie. Zasadnicza idea strategii Południowców opierająca się na zasadzie pozostawania w strategicznej defensywie była w oczywisty sposób słuszna — o ile Północ by wygrać zmuszona była od pierwszego strzału w wojnie do zbrojnego podboju przeciwnika, o tyle Południe wcale nie było skazane na narzucenie militarnej dominacji Unii. Konfederaci musieli po prostu dostatecznie zmęczyć przeciwnika i to właśnie starali się robić przez całą wojnę. Wszystkie zwroty zaczepne miały w gruncie rzeczy także defensywny charakter — służyły albo próbom odzyskania naruszonej równowagi (operacje takie jak kampania zakończona bitwą pod Pittsburg Landing, później Stone River, czy Chickamauga), lub próbę odciągnięcia przeciwnika od własnych, strategicznie ważnych terytoriów (Kampania Maryland, czy Kampania w Pensylwanii). Nie dostrzegam innej możliwości niż strategiczna defensywa w sytuacji, w której aksjomatem była zdecydowana przewaga liczebna przeciwnika. Regułą przecież było stawanie do konfrontacji sił konfederackich z przeciwnikiem mającym dwukrotną przewagę liczebną, a sytuacje względnej równowagi, takiej jak w czasie Bitwy Siedmiodniowej, czy nad Chickamauga należały do rzadkości. Minusem przyjętej strategii było przede wszystkim faworyzowanie Wschodniego Teatru Działań, kosztem Zachodu. Oczywiście argument o bezwzględnej konieczności obrony obszaru Richmond i położonej tamże jedynej działającej huty jest słuszny, tyle tylko, że zwykło się zapominać, że Południowcom pozostała własnie rzeczona Huta Tredeggar w Richmond tylko dlatego, że utracili sporą część zakładów zbrojeniowych położonych w Tennessee i Luizjanie w ciągu pierwszego półrocza aktywnych działań na Zachodzie, bo nie było komu ich bronić. Słabe liczebnie siły rozrzucone w obronie stacjonarnej olbrzymich terytoriów Doliny Mississippi poniosły ogromne straty i dopiero realne zagrożenie przecięcia kraju na pół już w lecie 1862 roku spowodowały wzrost zainteresowania sytuacją na Zachodzie. Nawet jednak w sytuacji rozpaczliwej — podczas ofensywy federalnej na Vicksburg i Port Hudson zdecydowano się na ograniczoną w swych zasadniczych celach ofensywę w Pensylwanii, podczas której Lee szukał znowu rozstrzygającej bitwy i której wygrać nie zdołał. Gdy wykrwawieni konfederaci cofali się przez Hagerstown ku Wirginii, kapitulował Pemberton w Vicksburgu, a kilka dni później po upadku zaciekle bronionego Port Hudson Unia ostatecznie przecięła terytorium Konfederacji na pół. Nie był to jednak wbrew obiegowej opinii cios śmiertelny — pokazało to dobitnie fatalnie niewykorzystane wielkie zwycięstwo Południa nad Chickamauga. Kluczowe znaczenia miała kampania wiosenno-letnia 1864 roku. Z wielkiej ofensywy Unii na czterech frontach jednocześnie nic nie wyszło. Kampania Overland mimo wszystkich potknięć Konfederatów zakończyła się dla nich zwycięsko. Fiaskiem zakończyły się federalne próby ofensyw w Dolinie Shenandoah i nad Red River.
Początkowo nie wiodło im się także w Georgii, podczas podjętemu przez wojska Shermana marszowi ku Atlancie. O ile pod wpływem strat poniesionych pod Wilderness i Spotsylvanią starcia pod Cold Harbor, Bermuda Hundred i Petersburgiem miały już dla Południa charakter wybitnie defensywny, to w Georgii doszło do wydarzenia o decydującym dla przebiegu całej wojny znaczeniu. Mowa rzecz jasna o zastąpieniu po szeregu obronnych starć i odwrotów dotychczasowego dowódcy Armii Tennessee — generała Josepha Ecclestona Johnstona, agresywnym, lecz nie posiadającym żadnego doświadczenia w dowodzeniu tak wielkimi zgrupowaniami generałem Johnem Bellem Hoodem. Ten, w szeregu fatalnie zaplanowanych bitew kompletnie wykrwawił drugą co do wielkości armię polową Południa. Wreszcie, 2 września 1864 roku niewiarygodnie wyczerpane siły konfederackie po poniesieniu ponad 50 procentowych strat ewakuowały Atlantę. Miało to krytyczne znaczenie, gdyż w chwili narastającego kryzysu w społeczeństwie Północy na tle kosztów ludzkich i materialnych wojny, udało się wreszcie odnieść wielkie i szeroko reklamowane zwycięstwo, które przyćmiło gigantyczne straty i niepowodzenia Granta w Wirginii. Upadek Atlanty stał się niezwykle kalorycznym paliwem wyborczym dla Abrahama Lincolna, który zdołał zapewnić sobie reelekcję, co wobec jego nieprzejednania w kwestii ewentualnego kompromisu z rządem Południa skazało Konfederację w najlepszym razie na kolejne cztery lata wojny. A trzeba w tym miejscu wyraźnie zaznaczyć, że społeczeństwo Północy bynajmniej nie było takim monolitem w kwestii stosunku do wojny z Konfederacją jak się nam dość powszechnie wydaje. Opozycja demokratyczna na Północy była dość silna i warto pamiętać, że w lutym 1863 roku władze Illinois i Indiany prowadziły w Richmond rozmowy o możliwości zawarcia separatystycznego pokoju z konfederatami. Jak widac zatem pozycja administracji Lincolna okresowo była bardzo słaba i gigantyczne straty Granta w Kampanii Overland mogły mieć kapitalne znaczenie dla odwrócenia sympatii politycznych północnej opinii publicznej. Ten balans na linie skończył się jednak definitywnie, gdy jesienią 1864 roku w sytuacji bezprecedensowego kryzysu militarnego dla Południa Hood opuścił Georgię co umożliwiło niszczycielski marsz sił Shermana ku morzu, a następnie kompletną dewastację obu Karolin zimą i wiosną 1865 roku. Stało się tak, gdyż posiadające wciąż około 40 000 ludzi siły Hooda ruszyły via Alabama, ku środkowemu Tennessee, gdzie nieudolny lecz zapalczywy Hood wygubił je ostatecznie pod Franklin i później pod Nashville. Po tej katastrofalnej kampanii w rejonie Tupelo zebrało się około 18 000 głodnych i kompletnie złamanych moralnie weteranów z Armii Tennessee, których wkrótce częściowo rzucono do Karoliny w ostatniej, niemożliwej już do zrealizowania próbie zatrzymania Shermana. Mówiąc krótko, gdyby nie Atlanta, Franklin i Nashville, nie było by Appomatox, gdzie w kwietniu 1865 roku resztki Armii Północnej Wirginii złożyły broń.
Istotnym problemem było wykonawstwo założeń strategicznych formułowanych w Richmond. Uważany powszechnie za najwybitniejszego dowódcę na szczeblu armijnym tej wojny generał Robert E. Lee starał się realizować strategię defensywną w swoiście zrozumiany sposób — wielokrotnie parł do „rozstrzygającej bitwy” — starcia, w którym udałoby mu się zniszczyć, lub choć unieszkodliwić Armię Potomacu. W efekcie, owładnięty całkowicie wizją zniszczenia przeciwnika na polu bitwy wielokrotnie zdecydowanie „przeszarżował”, co wyniszczyło w wielkim stopniu podległe mu siły, które następnie trzeba było z olbrzymimi trudnościami odbudowywać. Ewidentnie wzorujący się na nim Hood doszczętnie wyniszczył własne siły w krótkim czasie w efekcie nadmiernej agresji i braku charakterystycznego dla Lee operacyjnego polotu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w tym wypadku myśl operacyjna nie nadążyła za uwarunkowaniami taktycznymi ówczesnego pola walki. Nie obciążało to wyłącznie sił konfederackich — do końca wojny z podobnymi problemami i to na jeszcze większą skalę borykano się także w Waszyngtonie. Na plus konfederackim dowódcom armii należy zapisać, że mimo wszystkich swoich i sztabów ograniczeń byli właściwie w stanie sprawnie kierować powierzonymi sobie wojskami, choć oczywiście z uwagi na kształtującą się jak 3 do 2 przewagę sił Unii każde potknięcie miało bardzo bolesne skutki. Innymi bolączkami były niezbyt mądra, oparta o prywatne sympatie i antypatie polityka kadrowa stosowana przez administrację Prezydenta Jeffersona Davisa, ale przede wszystkim zupełna nieumiejętność skorzystania z toczenia wojny w warunkach pozycji środkowej. Raz jeden jedyny, we wrześniu 1863 roku podczas spektakularnej operacji logistycznej przerzucono dwie dywizje Longstreeta z Wirginii na Zachód, gdzie udało się dzięki temu odnieść cenne, choć jak wiemy niewykorzystane zwycięstwo nad Chickamauga. Przy tak wielkiej skali działań siły rzędu dwóch dywizji powinny zawsze tworzyć korpus rezerwowy, zdolny do interwencji w ciągu dwóch , lub trzech dni na obu głównych teatrach działań. W warunkach wojny, w czasie której chaos informacyjny i fatalne rozpoznanie częstokroć decydowały o klęsce lub zwycięstwie, taki zastrzyk sił mógł mieć krytyczne znaczenie, i to w skali operacyjnej. Doświadczenia wojenne z pierwszej połowy XIX wieku wskazywały wyraźnie, że przewaga liczebna — nawet znaczna — nie musi być gwarantem powodzenia wojennego. Na polu walki najistotniejszy był manewr siłami na dużą skalę, który pozwalał na zbudowanie dostatecznej dla strategicznego przełomu przewagi w jednym, świadomie wybranym punkcie ciężkości. Sytuację taką w czasie całej wojny największym dowódcom armii polowych obu stron udało się osiągnąć tylko raz — właśnie nad wielokrotnie już wspomnianym potokiem Chickamauga. To chyba najpełniejsze zwycięstwo konfederackie nigdy nie stało się punktem zwrotnym z powodu decyzji o braku pościgu operacyjnego podjętej przez Braxtona Bragga, a podyktowanej dramatyczną wręcz nieznajomością całokształtu sytuacji na linii walk.
Choć narracja wskazująca na wcale nie zgorszą sytuację sił Południa mimo oczywistej przewagi Północy może wydać się zupełnie oderwana od rzeczywistości, wcale taką nie jest. Musimy zdawać sobie sprawę, że błędy popełniały obie strony i jak to na wojnie bywa — suma tychże błędów zdeterminowała ostateczne rozstrzygnięcia. Mimo ogromnych wysiłków włożonych w budowanie od zera przemysłu zbrojeniowego Południowcy swoje zaplecze zbudowali w taki sposób, że zabrakło im przestrzeni operacyjnej na Wschodnim Teatrze Działań. Przecież wśród ogólnego bezgranicznego poświęcenia i bezustannej improwizacji dla podtrzymania produkcji wszystkiego co niezbędne dla Armii, nie próbowano na większą skalę przesunąć najważniejszych zakładów przemysłowych w głąb kraju z okolic Richmond — w efekcie, generałowie konfederaccy osłaniający stolicę wiedzieli, że nie mają tak naprawdę żadnej przestrzeni do odwrotu, bo oddanie rejonu Richmon-Petersburg oznaczało by całkowite załamanie produkcji zbrojeniowej. I to robiło ogromną różnicę, gdyż w krytycznym momencie Lee wiodąc wiosną 1865 roku swe wyczerpane już wojska wolał podjąć skrajne ryzyko ataku na Fort Stedman, niż po prostu wykonać odwrót i poczekać na błąd przeciwnika w wojnie manewrowej. Dla odmiany natomiast, na Zachodzie złuda ogromnej przestrzeni i względnego bezpieczeństwa spowodowała faktyczną utratę kontroli nad ogromnie ważnymi ze strategicznego punktu widzenia obszarami Tennessee, Missisipi i Luizjany w ciągu właściwie ośmiomiesięcznej kampanii wojsk Unii, co zmuszało działających tam dowódców konfederackich do krwawych i nieskutecznych prób ratowania położenia (Stone River, Chickamauga, Kampania Franklin-Nashvile). Wypada więc zarzucić utarty stereotyp faz wojny ułożonych w tempie — zwycięstwa Południa, Impas, zwycięstwa Północy, gdyż pomimo przyjęcia jedynej słusznej strategii przez wojenne kierownictwo Konfederacji napór Unii i popełniane w skali operacyjnej błędy spowodowały, że własciwie od pierwszych miesięcy 1862 roku sytuacja Południa stała się bardzo trudna — choć oczywiście nie beznadziejna. Przesilenie nadeszło później i wynikło koniec końców, nie z powodu strategii Północy, która w istocie zawiodła, lecz z powodu znacznie mniejszego marginesu błędu strony południowej.
“Lost Cause” — Stracona Sprawa, czyli trwające dekadami utrwalanie w pamięci zbiorowej dramatycznej, spektakularnej, lecz ostatecznie nieudanej próby wywalczenia niepodległości ma swoje podstawy. Wojna Domowa wyorała swymi konsekwencjami olbrzymią bruzdę w świadomości społeczeństw i Północy i Południa, a zasypywanie jej zajęło dosłownie oceany czasu, a i tak przedsięwzięcie to nie udało się ostatecznie. Opisałem ludzi i instytucje tworzące Armię Południa, by można było łatwiej zrozumieć pryncypia kierujące umysłami osób gotowych na wszystko, byleby tylko osiągnąć cel, którym było w ich własnym wyobrażeniu ocalenie odrębności i niezawisłości. Gdy przetopiono już większość dzwonów na armaty, gdy zarekwirowano większośc aparatów do pędzenia podłej whisky i zużyto kapiszony wykonane z uzyskanej w ten sposób miedzi, gdy zabrakło zbieranego z pół bitew ołowiu z którego ponownie lano kule, wreszcie, gdy nie było już komu oddawać moczu, który po ługowaniu dawał saletrę do produkcji prochu, przyszła klęska wyznaczająca kres Południa. Kleska, która na długie 150 lat skutecznie zamazała prawdziwy obraz społeczeństwa, instytucji państwowych i siły zbrojnej Konfederacji. Chciałbym tutaj utrwalić odruch nakazujący bardzo dokładne przemyślenie każdej powziętej z zasobów amerykańskiej historiografii informacji o Wojnie Domowej, gdyż niebywale głęboki pokład “politycznej poprawności” skutecznie redukuje realizm obrazu ówczesnych czasów. Warto pamiętać, że w nocy wszystkie koty są szare, więc przy pomocy skomplikowanego systemu uproszczeń i uogólnień stosowanego nawet przez najlepszych autorów zza oceanu, łatwo stracić kontakt z rzeczywistym obrazem zdarzeń. W prawdziwym obrazie wojny bowiem, wszystko jest na opak — jeśli podstawową przyczyną wybuchu wojny było pragnienie wyzwolenie ludzi niewolnych na Południu dlaczego żołnierze o czarnym kolorze skóry (a pod koniec wojny było ich już około 10 % całosci sił Unii, choć nie odegrali w walkach więszej roli) służący w armii Unii otrzymywali dużo niższy żołd od swych białych kolegów, podczas gdy “Wolni Kolorowi” służacy w Armii Południa mieli taki sam? Dlaczego Prezydent Unii Abraham Lincoln, który jawi się w kulturze masowej jako największy abolicjonista był w rzeczywistości zadeklarowanym rasistą, który w szczycie wojny zdecydował się wyzwolić nie swoich (na obszarze Unii) niewolników, lecz tylko cudzych? Historię piszą zwycięzcy — to stary banał — ale mamy jako odbiorcy narracji historycznej obowiązek stawiania pytań. To właśnie pytania o drobne i z pozoru tylko nieistotne szczegóły pomogą nam objąć wzrokiem cały horyzony wydarzeń. Nie chcę tutaj uchodzić za “konfederackiego patriotę” — jestem historykiem i moim obowiązkiem jest próbować do końca wskazywać Czytelnikowi potrzebę zadawania pytań, potrzebę nieustannego odkrywania kolejnych wątków, nici zbiegających się ostatecznie w kompletną strukturę historycznej “szaty” zdobiącej nasze wyobrażenia o minionych dawno wydarzeniach. Mogę zapytać retorycznie — jakiej odwagi i poświęcenia ludzi z Północy trzeba było, by ostatecznie pokonać tak pięknie walczących Południowców?
Wszystkie ilustracje pochodzą z domeny publicznej.
Drogi Czytelniku – jeśli ten artykuł przypadł ci do gustu, udostępnij go, lub postaw Autorowi kawę buycoffee.to/marcin_jop
Zostaw komentarz