Cóż z tego? Zauważyłem w nim zdenerwowanie i bezsilność. Jeśli Polski premier w roku 2018 musi przekonywać świat i wszystkich, że to my, Polacy, jesteśmy ofiarami Niemców, którzy w latach 1939-1945 zorganizowali przemysł ludobójstwa, jeśli naokoło widzę euforię straceńców, jeśli w swoim własnym kraju, którego broniłem przez ponad dwadzieścia lat, jestem sprowadzany do roli wroga publicznego i sprowadzany na dno, to przegraliśmy.

Przez wiele lat walczyłem z obcą, wrogą nam agenturą. Z różnym skutkiem, lecz coś tam się udawało. Teraz widzę, że popełniłem błąd, bo to wszystko było niepotrzebne. Oni wygrali. Przez wiele lat, wbrew faktom i logice, słyszałem, że agenci są tylko po jednej stronie, bo ta druga jest „czysta”. Smoleńsk, wszystkie afery, ostatni kryzys pokazuje, że miałem rację: rozmieszczenie źródeł idzie w poprzek, a brak politycznej inteligencji osób na środowiskach, jest chyba wyznacznikiem stopnia sponsoringu. Odwrotnie proporcjonalnym.

Zdałem sobie też sprawę, że patriotyzm został zarezerwowany tylko i wyłącznie dla niektórych, że patriotyzm polega jedynie na znakach, napisach, naklejkach, widocznych flagach, koszulkach, tatuażach oraz właściwym pozornie życiorysie, który można stworzyć, gdy jest się posłusznym, bo wtedy zawsze znajdzie się jakiś zbiór zastrzeżony, który ten życiorys zabezpieczy. Zrozumiałem też, że często słyszana w różnych stanowiskach fraza o „braci słowiańskiej” jest bardzo bliska realizacji. Wiem też, że jeśli ci „bracia Słowianie” znów przyjdą nas „wyzwolić”, będę jednym z nielicznych, którzy staną do walki z nimi, ponieważ wielu wyjedzie, wielu wytłumaczy sobie owo „wyzwolenie” racjonalnie i „patriotycznie”. To idzie w poprzek sceny. Nie wzdłuż.

Domyślam się co powiecie, ale trudno. Musiałem to napisać.

Nie wiem czy będzie KChT dziś, lecz jeśli będzie, to już nie o tym wszystkim.