„… Ja go biorę, nie płacę – nie mam, niech mnie zabiją! No i teraz się pytam: z czego ludzie dziś żyją?”
Jerzy Jurandot – „Z CZEGO LUDZIE DZIŚ ŻYJĄ?”
Jerzy Jurandot, zadając przed laty to pytanie, mówił przekornie prozą życia swojej rzeczywistości, w czasach gdy nikogo nie było stać prawie na nic, a rarytasem i luksusem bywały blade kubańskie pomarańcze, i nędzne banany, rzucane od wielkiego dzwonu do państwowych supersamów i warzywniaków… Od tego czasu, gdy ludzie w zamkniętej za żelazną kurtyną Polsce żyli nędznie, i przeciętnie, poza troskami „byle do pierwszego”, mieli wciąż nadzieję na to, że coś się jeszcze kiedyś w ich kraju zmieni, minęło z okładem pół wieku. Dzisiaj, znacznie dostatniejsze i bardziej luksusowe życie, zresztą nie tylko w Polsce, toczy się w większości „na raty”, odmierzane zegarem spłat, naliczanych lub odliczanych na kontach procentów, odsetek od zmieniającego się długu. Powracając więc do pytania Jurandota „z czego ludzie dziś żyją?”, przypomniała mi się krótka anegdotyczna historyjka na ten temat, zasłyszana gdzieś, kiedyś, dawno temu. I jakże ciągle aktualna.
Pewien producent zawiózł swój wartościowy towar do hanldarza, szefa hurtowni. Ufając mu, pozostawił rachunek do zapłaty w ciągu dwóch tygodni i odjechał. Po dwóch tygodniach pieniędzy od hurtownika jednak nie było. Umowa umową, a że miał nie aż tak daleko, postanowił upomnieć się o pieniądze osobiście. W biurze hurtowni zastał jednak tylko asystenta szefa.
– Szefa nie ma, nie mogę Panu pomóc, odrzekł asystent robiąc chytrze co nieco bezradną minę.
– Gdy już będzie, proszę mu przypomnieć, że zalega z zapłatą za mój towar, stwierdził sucho producent, widząc już, czego może się dalej spodziewać.
Pieniądze nadal nie przychodziły i tydzień później producent zastał ponownie tylko tego samego asystenta.
– Przykro mi niezmiernie, szefa dzisiaj także nie ma, nie mogę Panu pomóc.
– Czekam jeszcze tylko tydzień, odrzekł poirytowany już nieco bardziej producent i wyszedł.
Pieniądze nadal nie wpływały. Cierpliwość producenta wyczerpywała się już powoli. Za trzecim razem zauważył jednak że samochód szefa niewinnie i niepozornie stoi na parkingu hurtowni
– Niestety, nie mogę… zaczął swoją strofę asystent
– Szefa nie ma? – przerwał mu, nie czekając na ciąg dalszy producent.
Zaskoczony asystent nieśmiało skinął głową. Wprawdzie producent miał tego już dość, ale zahartowany w takich sytuacjach, postanowił obrócić nieprzyjemną atmosferę na swoją korzyść.
– Wie Pan co? Wiem już, że to nie Pana wina, i że nie ma Pan z tym zapewne nic wspólnego, ale w takim razie pozwoli Pan, jeśli opowiem mu pewną historię?
Asystent, nie mając już niczego innego do zaoferowania, ponownie skinął głową i zaczął ze skupieniem słuchać opowieści producenta:
W pewnym małym miasteczku żył sobie handlarz Rosenbaum. Któregoś dnia źle się poczuł, tak bardzo źle, że mimo uprzedzeń, i niechęci do lekarzy, wybrał się do miejscowego medyka. Ten zaś szczegółowo go zbadał, i stwierdził:
– Panie Rosenbaum… Nie jest dobrze! Pana stan jest poważny. Ma Pan taki wybór: Albo da Pan sobie uciąć „interes”, albo dni Pana są policzone.
Rosenbauma kompletnie zamurowało. Wpadł w popłoch.
– Ależ Panie doktorze, nie mogę dać sobie dać go odciąć, ale nie chcę też umrzeć, co robić?
– Ja mówię Panu jak jest, a Pan może się jeszcze ewentualnie poradzić się swego Rabina, jeśli mi nie ufa.
Rabin cierpliwie wysłuchał i obejrzał Rosenbauma. I jego opinia nie dawała nadziei:
– Słuchaj Mojsze, doktor ma rację, albo dasz sobie „interes” uciąć, albo niebawem będzie po Tobie. – Rabbi… ale ja… ja nie chcę… ja tak nie mogę. Co robić ?
– Możesz jeszcze pojechać do Cadyka, do Radomska, może on da Ci lepszą radę?
– Może, może… pomyślał załamany Rosenbaum i zastanawiał się już, w jakim stanie wróci z Radomska.
Opinia Cadyka nie była dla niego już żadnym zaskoczeniem:
– Albo albo, synu, nie masz wyboru a czasu mało. Musisz się na coś zdecydować, jeśli chcesz żyć – stwierdził siwy mędrzec.
– Ale nie da się naprawdę nic innego poradzić, lamentował nieszczęsny Mojsze, jak ja mam tak żyć bez „interesu”? A jak taki przed Panem Bogiem bez „interesu” stanę to mnie przecież wyśmieje i do nieba nie wpuści! Nie mam szans!
Cadyk podrapał się w siwą brodę.
– Wiesz synu – zastanowił się głęboko Cadyk – tego do końca to ja nie wiem. Ale znam w Nowy Jork pewnego chirurga, najlepszego na świecie, on ma swoją prywatną klinikę. Ja Cię do niego polecę, jeśli chcesz. Doktor Rosenkrantz będzie wiedział co z tym zrobić. On na pewno da Ci właściwą odpowiedź.
Cóż było więcej robić, Rosenbaum wprawdzie bez cienia większej nadziei, ale jednak kupił bilet, i poleciał do Ameryki. Doktor Rosenkrantz nie miał absolutnie żadnych wątpliwości. Na szczęście mogli się łatwo porozumieć.
– Coż, Rosenbaum, ja Panu już wielkich szans nie daję, no chyba że się Pan na zabieg zdecydujesz natychmiast. Już nie ma na co czekać! Rosenbaum smutno skinął głową.
– Doktorze… wymamrotał, ja już jestem prawie zdecydowany, ale jeszcze jedno…
– Tak?
– Jak już Pan doktor mój „interes” odetnie, to chciałbym żeby go choć godnie pochowano, w jesionowej trumience, na tutejszym cmentarzu, pod kamieniem z napisem: „Tu leży interes Rosenbauma”…
Sławny lekarz spojrzał dobrotliwie na swojego pacjenta. I obiecał mu, że oczywiście, stanie się wedle jego życzenia. Bowiem nasz klient – nasz Pan. Po udanej operacji Rosenbaum czym prędzej opuścił Nowy Jork, powrócił do swego miasteczka w Europie i żył jeszcze długo i szczęśliwie. Ale że wszystko ma swój kres, i jemu przyszło ten w końcu świat opuścić. Stanął wówczas nagusieńki przed Panem Bogiem. Ten zaś spojrzał nań, odchrząknął, i spytał:
– A Twój „interes, Rosenbaum”, to gdzie podziałeś? Czemuś taki niekompletny? Ja Cię takiego do nieba przepuścić przecież nie mogę!
Rosenbaum w płacz.
– Panie Boże…, ja im przecież na Ziemi mówiłem że tak będzie! No i dałem im się wrobić! A mój „interes” leży teraz na cmentarzu…
– Gdzie, gdzie? Na cmentarzu? A to dopiero! – zachichotał rozbawiony Pan Bóg.
Rosenbaum miał coraz gorsze przeczucie. Coraz bardziej niedorzeczne myśli przychodziły mu do głowy. Co oni z nim teraz zrobią, chyba nie odeślą go z powrotem na Ziemię??
– A można to jeszcze jakoś sprawdzić? – zainteresował się w końcu Najwyższy Sędzia, widząc minę nieszczęśnika.
– Tak, tak, tak!
Rosenbaum, któremu przywróciło mowę, szybko wyjaśnił, gdzie i jak znaleźć jego „interes”. Opowiedział więc o cmentarzu, kamieniu z napisem, i trumience pod nim, w wielkim mieście Nowym Jorku.
– W takim razie wyjaśnijmy, czy mówisz nam tutaj prawdę…
Pan Bóg, klasnąwszy w dłonie, przywołał dwóch aniołów-gońców i posłał ich z ekspresową misją do miejsca opisanego przez Rosenbauma. Nie wracali dosyć długo. Wieczność dłużyła się niemiłosiernie a Pan Bóg zniecierpliwił. Wreszcie się pojawili zdyszani, spoceni, brudni i wyraźnie w złym humorze.
– No i co, coście tam znaleźli – spytał Pan Bóg z niecierpliwością? Mówi tu Rosenbaum prawdę?
– Panie Boże, byliśmy w tym Nowy Jork, znaleźliśmy cmentarz, kamień z napisem, wygrzebaliśmy spod niego tę małą trumienkę, otwieramy ją, patrzymy, a tam siedzi taki „ryży huj” i mówi że nam nie pomoże bo „szefa nie ma”!!
Nie wiadomo czy Rosenbaum trafił w końcu do nieba, asystent pojął aluzję, a producent otrzymał od hurtownika należność za swój towar. Być może tak, a jeśli nie, to i tak już się tego dzisiaj raczej nie dowiemy.
Podobno słynny polski artysta muzyk – pianista Artur Rubinstein miał w zwyczaju pobieranie gaży za recitale w przerwie swoich koncertów, i tylko i wyłącznie – gotówką. Nie przyjmował żadnych czeków, weksli, nie chciał przelewów, ani poręczeń. Jeśli organizator koncertu nie mógł lub nie chciał wypłacić mu w przerwie należnego honorarium, artysta miał prawo nie wyjść ponownie tego wieczoru na scenę. Właśnie tak zapisane było w umowie. On wiedział, że sztuka sztuką, ale interes – to interes.
Kredyt to dzisiaj ważne słowo-klucz. Ale także jako – kredyt zaufania. Choćby wobec tych, którym oddajemy go w głosowaniu jako mandat do sprawowania władzy, i reprezentowania naszych spraw publicznie, wierząc że będą chcieli swoja ciężką pracą i podejmowanymi decyzjami go spłacić. Pamiętajmy więc aby Ci, których obdarzamy dzisiaj kredytem zaufania, nie kazali nam w rezultacie wystawać potem w poczekalni przed jakimś ryżym asystentem, który bardziej lub mniej uprzejmie oświadczy nam każdorazowo że „szefa nie ma”…
Zostaw komentarz